Ścieżka Fryderyka Nietzschego (Lazurowe Wybrzeże)

Ścieżka Fryderyka Nietzschego (Lazurowe Wybrzeże)

Artykuł wprowadzono: 7 listopada 2018




Upojeni życiem. Przybysze skądś, przybysze znikąd. Tubylcy, turyści, rosyjscy nuworysze. Wznosząca się fala bogactwa to największa atrakcja Lazurowego Wybrzeża, a jednym z najpiękniejszych jego miejsc jest średniowieczna wioska Eze niedaleko Monako. Stare Eze-Village, nazywane „orlim gniazdem”, leży na nadbrzeżnej skale ponad 400 metrów wysokiej, z której opada stromo ku morzu, ku Eze-sur-Mer.

To spore doznanie estetyczne przechodzące w egzystencjalne, a u słynnego filozofa Fryderyka Nie­tzschego w metafizyczne, bo tak zachwycił się tym miejscem, że w Eze zamieszkał, by dokończyć trzecią część swego opus vitae – Tako rzecze Zaratustra – „książki dla wszystkich i dla nikogo”, stylizowanej na nową Biblię.

Nietzsche – upojony dionizyjskim żywiołem, który uważał za nieokiełzaną istotność życia – gnany wewnętrznym niepokojem błąkał się po górach i morskich nadbrzeżach, spisując swoje błyskotliwe myśli. Sprzeciwiał się filozofii akademickiej wykładanej ex cathedra, a nie przeżywanej osobiście. „Porzuciłem dom uczonych, zatrzaskując drzwi za sobą. Wolność miłuję i powietrze ponad ziemią”. Tułał się po hotelach i pensjonatach riwiery, uroczych miasteczkach, skalistych przylądkach, opustoszałych, dzikich plażach wybrzeża, wtedy nienazywanego jeszcze Lazurowym – aż trafił do Eze. Na pamiątkę jego pobytu ścieżkę łączącą Eze-Village z niżej położonym Eze-sur-Mer, którą często chodził, nazwano „Chemin Frédéric Nietzsche”. Zanim zacząłem się nią wspinać, usiadłem w barze przy kamienistym brzegu morza. Przede mną kilka statków, kilka luksusowych jachtów, kilka kobiecych piersi toples, no i… Czas. Czas, co przenika wszystko, każdą podstawę bytu. Nawet jak gwieździste niebo kiedyś zgaśnie, to tylko po to, żeby wszystko zaczęło się na nowo. Wizję wiecznego powrotu uważał Nietzsche za „najbardziej naukową ze wszystkich możliwych hipotez”.

Morze. Muzyka morskich fal. Bez muzyki życie byłoby błędem – twierdził niemiecki filozof, który na tyle czuł się Polakiem, by – jak mawiał – całą muzykę świata oddać za Chopina. Chętnie przyznawał się do pochodzenia z rodu polskiej szlachty Nickich, pogardzając upadłą jego zdaniem kulturą Niemiec. Muzyka, taniec, sztuka po to są, by nie zabijała nas prawda rzeczywistości. Doświadczając jej, potrzebujemy tegoż dionizyjskiego żywiołu, który jest przejawem „woli mocy” przepełniającej i rzeczywistość, i życie, i nas samych. Wola mocy to pierwotne pojęcie filozofii Nietzschego; bez niej niczego nie ma. Cały świat jest pewnym quantum woli mocy, jej „rozproszonego i wszechogarniającego pola z lokalnymi skupiskami”. „Co jest dobre? – Wszystko, co wolę mocy, uczucie mocy, moc samą w człowieku podnosi. Co jest złe? – Wszystko, co ze słabości pochodzi. Co jest szczęściem? – Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór”. Wolą mocy uwiódł on i silnych, i słabych: polityków (Piłsudski, Mussolini, de Gaulle), filozofów (Foucault, Derrida, Onfray), pisarzy (Gide, Rilke, Hesse, Shaw, Przybyszewski), bożyszcze popkultury (Morrison) i masy prostych ludzi, którzy nie lubią swej słabości. Kto ją lubi? Uwiódł i mnie swym „dionizyjskim rozluźnieniem zmysłów”, radością egzystencjalnie głębszą od smutku – więc zostawiłem nadmorski bar i ruszyłem w górę ścieżką jego imienia.




Na samym szczycie wzniesienia wioska przypominała zamek warowny z grubymi kamiennymi murami porośniętymi kwiatami. Widok na zatokę był tak wspaniały, że wydawał się nierzeczywisty. Spadziste, wąskie uliczki zaprowadziły mnie do egzotycznego ogrodu, pięknego jak obietnica edenu. Minąłem kilka rzeźb kobiet i położyłem się na jednym z drewnianych łoży ustawionych na tarasie wśród skał. Miejsce kontemplacji. Nad nietzscheańską koncepcją amor fati? Umiłowaniem losu jakikolwiek by on był – przypadkowy, zdeterminowany, znośny, radosny czy pełen rozpaczy, bo losu przenikniętego współzależnością wszystkiego z wszystkim, losu wojownika prowadzącego wojnę z samym sobą według słynnej formuły: „Co mnie nie zabije, czyni mnie silniejszym”.

Wszedłem do neoklasycznego kościółka. Pusty. Żywego ducha. Got ist tot – napisał w „Wiedzy radosnej” autor „Antychrysta”, apostoł nowej moralności tworzonej „poza dobrem i złem”. Bóg umarł, jest martwy, odszedł w zapomnienie. Nadczłowiek Go zastąpi, ktoś obdarzony wielką wolą mocy, przekraczający samego siebie, którego każda chwila życia jest doskonale pełna w swej nowej egzystencjalnej trans­cendencji.

Na zewnątrz świątyni nie było już ani prawdy, ani dobra. Umarły razem z Nim. Ale była droga. Minąłem stare kamieniczki hotelu „Pałac Złotej Kozy”, myśląc, że kto wie, może to tutaj pewna kobieta wynajmująca pokój usłyszała śpiew profesora dobiegający zza ściany; wtedy zajrzała przez dziurkę od klucza i zobaczyła nago tańczącego Nie­tzschego. – Stracony niech będzie każdy dzień, w którym bodaj raz nie zatańczymy – pisał ów Dionizos z rodu Nickich, nim zamilkł w obłędzie.

Amor fati we mnie, eternal return nade mną i ta droga – via est przede mną, droga do Monako, europejskiej stolicy hazardu i nudy. Multo die!

Leszek Turkiewicz