Rozmowa z Bronisławem Krzysztofem wybitnym rzeźbiarzem i designerem

Rozmowa z Bronisławem Krzysztofem wybitnym rzeźbiarzem i designerem

Artykuł wprowadzono: 4 stycznia 2020



Ważna jest przyszłość

– Ukończyłeś warszawską ASP. Po studiach powróciłeś na południe Polski, gdzie mieszkasz do dziś, chociaż często pracujesz za granicą. Czy to kwestia wierności swoim korzeniom?

– To kwestia sentymentów. W sztuce muszę być jednak bardziej uniwersalny, współczesny. Moje zaangażowanie za granicą wynika z celów artystycznych oraz z przychylności tamtejszych odbiorców. Możliwość zaprezentowania mojego świata i idei jest dla mnie bardzo ważna.

– W 1984 roku stworzyłeś własną pracownię i udało ci się do dziś zachować niezależność. Czy jesteś kimś w rodzaju samotnego jeźdźca?

– W moim odczuciu tak. Za niezależność, oryginalność i nieszablonowe podejście do sztuki płaci się taką cenę.

– Wolność i niezależność wymagają samozaparcia i wiary we włas­ne siły oraz uzdolnień menedżerskich. Jak dajesz sobie radę ze stroną praktyczną? Myślę o kontaktach z galeriami i potencjalnymi klientami.

– Na początku lat 90. ubiegłego wieku, poprosiłem słynnego rzeźbiarza Hansa Macka, aby ocenił moje rzeźby. Byłem zdumiony, że muszę poczekać, aż znajdzie na to czas. Decyzję podejmowała sekretarka na podstawie jego kalendarza zajęć. Nie bardzo to rozumiałem, ale dziś sam mam biuro, firmę i angażuję w moją pracę wiele osób. Artysta nie może tworzyć, zajmując się jednocześnie sprawami administracyjnymi. Nawiasem mówiąc, ocena moich prac wypadła wtedy bardzo dobrze.

– Przede wszystkim interesuje cię człowiek – odlewasz w brązie jego sylwetkę. Nie jest to rzeźba realistyczna – przedstawiasz istotę ludzką, która rodzi się w twojej wyobraźni…

– Człowiek to swego rodzaju kompozycja, konstrukcja. W moich dziełach potrafię tworzyć różne iluzje, w tym iluzję rzeźb figuratywnych. Na pierwszy rzut oka rozpoznajemy w nich postać lub fragment ciała, ale gdyby istniała możliwość ich ożywienia, żadna nie mogłaby się poruszać. Niestety, wyobraźnia w sztuce jest dzisiaj obszarem coraz bardziej deficytowym, skutecznie funkcjonuje za to zasada „realizuj to samo dopóty, dopóki się sprzedaje”… Stąd biorą się często tzw. style artystów, które dla mnie są tylko manierą. Sam wykorzystuję w moich pomysłach ludzkie ciało, jeśli posiadam ku temu logiczny powód, kiedy ma zagrać jakąś ważną rolę. Ciało nie jest dla mnie celem samym w sobie.

– Zajmujesz się także designem i sztuką użytkową. Jesteś autorem i twórcą oryginalnych mebli, tworzysz też flakony i korki do perfum ekskluzywnej firmy Sisley, założonej przez potomka Marii Walewskiej, hrabiego Huberta d’Ornano oraz jego małżonkę Isabelle.

– To bardzo ważne pytanie. Moje realizacje posiadają określony cel. Mają być oryginalne w podejściu do tematu, aby nie można było ich porównać z innymi projektami. W realizowanych przeze mnie meblach służyło temu właśnie połączenie brązu i lanego kryształu. W dziedzinie designu zacząłem od korków i flakonów, następnie przyszła kolej na meble i akcesoria. Z firmą Sisley współpracuję od ponad 25 lat i mam nadzieję, że wciąż udaje mi się zaskakiwać oryginalnością i wyobraźnią. Moje realizacje służą zresztą w szkołach designu, np. w Nowym Jorku, jako przykład całkowicie odmiennego podejścia do problemu. Interesują się też nimi badacze sztuki.

– Związek z Sisleyem to również historia niezwykłego spotkania z Isabelle d’Ornano, z domu Radziwiłł-Potocką, która otworzyła ci drzwi do salonów Paryża. Jest znaną mecenaską sztuki i polską patriotką. Wiele jej zawdzięczasz…

– Jestem rzeczywiście wdzięczny rodzinie d’Ornano za wspieranie mojej sztuki i mojej osoby. Pani Isabelle d’Ornano zetknęła się po raz pierwszy z moimi rzeźbami na wystawie w Londynie i, na szczęście dla mnie, zwróciła na nie uwagę. Dzięki niej i hrabiemu Hubertowi d’Ornano spotkałem sławne, ważne osoby, w tym artystów z całego świata. Ale na zaufanie do mojej osoby i mojej sztuki trzeba było zapracować.

– Ostatnio wielki sukces odniosła twoja wystawa w prestiżowej paryskiej NAG Gallery. Twoje dzieła sprzedawały się już w dniu wernisażu. Czy sukces to talent, czy przede wszystkim wytężona praca?

– Praca, praca, praca… I oczywiście sporo szczęścia.

– W Warszawie jesteś autorem pomnika Marii Skłodowskiej-Curie, we Wrocławiu pomnika DNA, w Edynburgu – generała Maczka. Twoje dzieła znajdują się także w Neapolu i Paryżu. O czym marzysz jako rzeźbiarz? Czy istnieje projekt, który szczególnie leży ci na sercu?

– Siedemdziesiąt procent moich pomysłów nie zostało jeszcze zrealizowanych, najczęściej z powodu braku możliwości ich sfinansowania. A dobrze byłoby zrealizować jeszcze wiele rzeźb. Sądzę nawet, że będą to moje najważniejsze dzieła. Najistotniejsze są bowiem cele i idee: to, co zostało zrealizowane, jest już znane, ocenione. Los zadecyduje, czy mi się uda.

– Otrzymałeś wiele nagród, wyróżnień i medali, w tym najwyższe odznaczenia państwowe. Czy czujesz się artystą docenionym i spełnionym?

– Zawsze można marzyć o czymś więcej, ale nawet gdybym nigdy niczego nie dostał, nie zmieniłoby to mojej wizji sztuki, moich pomysłów i idei.

– Miałeś ponad 160 wystaw zbiorowych i ponad 40 indywidualnych na całym świecie, w tym we Francji, Szwajcarii, Niemczech, Japonii, Hiszpanii, Włoszech, Finlandii, USA. Wszędzie odnosiłeś wielki sukces. Czy rzeźba jest sztuką uniwersalną?

– Wystawy odgrywają dla mnie dużą rolę, są swoistą korektą moich dokonań. Rzeźba jako gatunek przez długi czas była ważna, ale jej obszar na rynku sztuki gwałtownie się kurczy. Zanika też profesjonalizm i świadomość odbiorców. Wystawiałem w różnych krajach, a co za tym idzie, w różnych kręgach kulturowych. Zawsze spotykałem się z pozytywnym odbiorem moich prac. To ciekawe, jak rzeźba może być uniwersalna mimo odmiennego spojrzenia na ten sam obiekt.

– Twoje prace znajdują się m.in. w British Museum, Muzeum Sztuki Współczesnej Elise Basil Goulandris, w zbiorach największych me­cenasów sztuki, m.in. angielskiej rodziny Sainsbury i hrabiny Isabelle d’Ornano. Realizowałeś dzieła dla autorytetów świata sztuki, dla Claude’a Bernarda, Jean-Marie Rossiego, Alberta Pinto, Alfreda Taubmana – właściciela domu aukcyjnego Sotheby’s w Nowym Jorku, rodziny Rosekransów, kolekcjonerów Gustava Ciesnerosa i Stephena K. Schera. Jak cię odkryli i jak ty odkryłeś ich?

– Rzeczywiście, to cenne muzea i zbiory, wielcy kolekcjonerzy. Nic nie spadło mi jednak z nieba. Moje prace zaistniały dzięki wystawom, aukcjom oraz osobistym kontaktom. Polski rynek sztuki zdecydowanie różni się od świata Zachodu. Część kolekcjonerów nie życzy sobie, aby ich nazwiska były znane. Mogę jednak wyznać, że moje prace posiada prof. dr Józef Grabski, wybitny specjalista w dziedzinie sztuki, czy też wielki mecenas sztuki prof. Andrzej Lange. To wielki zaszczyt.

– Sukces nie zawrócił ci w głowie. Jak to możliwe?

– Sukces nigdy nie jest wymierny, to tylko szczęśliwe momenty. Trzeba zawsze mieć świadomość, że nie dla wszystkich nasz sukces to wartość, którą należy cenić. Często się o tym przekonuję, dlatego podchodzę do niego z dystansem. Ważna jest przyszłość, myślenie o przyszłych realizacjach.

– Czym jest dla ciebie twórczość po tylu latach? Pasją? Rzemiosłem? Realizacją samego siebie?

– Jest tym samym, czym była na początku – indywidualnym wysiłkiem i pokonywaniem kolejnych etapów, aby zachować własne „ja”.

– Co czeka cię po paryskiej wystawie?

– Marzenia i praca. Proza życia i dalsza realizacja własnych celów.

Joanna Orzechowska


Najpopularniejsze

Zobacz także