Prorocy sztuki – Paryski nie-co-dziennik

Prorocy sztuki – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 19 maja 2019

Kunsztowne plamki: żółcie, oranże, błękity, malwy, fiolety przyjemnie łudzą oko, zlewają się w wysmakowane pejzaże, kontury wnętrz, estetyzującą nagość, w świat, którego nie ma, nie było i nigdy nie będzie. Ale odczucia są!

Były i będą. Przetrwały wiek cały, tworząc remedium na stary, mityczny splin. Te żółcie, oranże, błękity sąsiadują z oazą zieleni paryskiego Ogrodu Luksemburskiego, wystawione do końca czerwca w Muzeum Luksemburskim; ich tytuł – „Nabiści”.

Hebrajskie słowo nabis oznacza proroka. Tak nazwała się grupa młodych malarzy sprzeciwiająca się akademickiemu kopiowaniu natury. Wieszczyli artystyczną przemianę, odtwarzanie nie tyle natury, co doznań, jakie w nas wywołuje. Zafascynowani Gauguinem i czystością japońskich rycin pragnęli sztuki totalnej, radosnej, sztuki opartej na dekoracyjności, fantazyjnej duchowości, otwartej na nowe formy i techniki. Do nabistów należeli Pierre Bonnard, Eduard Vuillard i Paul Ranson. Spotykali się w barach pasażu Bredy, przy ulicy Pigalle, gdzie Bonnard i Vuillard mieli pracownie, i na Montparnassie w studiu Ransona. „Prorocy” ci objawiali swoją sztukę Paryżowi nie dłużej niż dekadę; to wystarczyło, by wywrzeć twórczy wpływ na takich mistrzów jak Matisse, Balthus, Kandinsky, Mondrian i ruch kubistów.

Paryska wystawa składa się z czterech części. „Kobieta w ogrodzie” łączy świat ziemski z niebiańskimi elementami arabeski, alegorii, ornamentyki; „Świat odczuć” eksponuje psychiczne napięcia inspirowane literaturą, teatrem, poezją; „Art nouveau” upraszcza formy, ożywia kolory dekoracyjną fantazją; i „Sakralny rytuał”, który szuka ekspresji duchowości, mistyki, ezoteryzmu.

Gwiazdą ekspozycji jest Bonnard, nazywany artystą szczęścia, malarz arkadii, krainy wiecznej szczęśliwości. Dla Francuza kobieta to dziki ogród, iskrzący zmysłowością form, w którym pojawia się on – mężczyzna. Eden w sercu codzienności z widokiem na sielski banał w czasie zatrzymany. Pejzaż w słońcu skąpany, falujący jak morze. Koty polegujące w cieniu. Sjesta, intymność, dom otwarty na pełen zawrót świetlistości; beztroska, ład, harmonia, elegijna słodycz, spokój i trwanie. Podróż ku doskonałemu światu fantazji, gdzie tylko cisza gęstnieje zawieszona poza czasem i realnością przestrzeni.

Pierre Bonnard zaczynał przygodę ze sztuką jako malujący wieczorami adwokat, ale porzucił palestrę dla sztalugi. Przystał do nabistów. Doznał artystycznego olśnienia, odkrywając obrazy Gauguina w paryskiej café Volpini. Próbował stosować jego estetyczne idee, nie szukając inspiracji w tropikach dalekich krajów, lecz w prostocie potocznego życia. Z czasem porzucił swoje paryskie atelier na Pigalle’u i Batignolles dla słońca Południa. – Jakie tu światło! Jak uderzenie tysiąca i jednej nocy! – pisał do przyjaciół. A przyjaźnił się m.in. z Tadeuszem Natansonem, wydawcą La Revue Blanche, trybuny debat artystycznych, i z jego żoną Misią Godebską, królową Paryża – jak ją nazywano – wcieleniem paryżanki doskonałej, elegancji, luksusu, no i miłości, zwłaszcza tej burzliwej.

Dzieło Bonnarda pełne jest tajemniczych niuansów. Odwołuje się do ulatującego marzenia, do napięcia między zjawianiem się i znikaniem. Kontury okien i luster to jego stałe rekwizyty. Okna otwierają zamknięte wnętrza na rozległą przestrzeń, ciągłą i nieciągłą jednocześnie. Przestrzenie te stają się kombinacją tego, co wewnętrzne i zewnętrzne. Rozżarzone, rozpalone, rozgorączkowane pulsują miękkością życia, a jeśli pojawiają się jakieś postacie, to emanują przyjemnym, lekkim napięciem, tworzonym przez ciepłe światło, które je obejmuje pieszczotą.




Z kolei lustra stają się metaforą „kłamstwa, które czyni malarstwo prawdą”. Bo nie o malowanie życia tu chodzi – pisał – ale o uczynienie malarstwa żywym. Uważany za jednego z największych kolorystów, budził skrajne reakcje. Balthus go podziwiał jako najwybitniejszego malarza XX wieku, Picasso lekceważył za „mieszaninę niezdecydowania”. Jedni widzieli w nim spóźnionego impresjonistę lub nieudolnego symbolistę, inni – twórcę wybitnie oryginalnego, który wywarł wpływ na takich malarzy jak de Staël, Rothko, Bacon.

Pierre Bonnard (1867 – 1947) był malarzem tradycji, ale takiej, która zmierza stale do przodu. Rozumiał, że najważniejszą lekcją, jaką należy wyciągnąć z przeszłości, to nie szukać w niej nowego początku, nie cofać się, bo jest absurdem chcieć na nowo zaczynać lub kopiować przeszłość. Trzeba być jak rzeka, co jedynie płynąc ku morzu, może być wierna swojemu źródłu.

Sam pisał o sobie, że oddawał się przebrzmiałej już pasji malarstwa, marząc, by jego dzieło szybko nie przebrzmiało, by przetrwało do 2000 roku. No i przetrwało. Paryżanie tłumnie wpatrują się w te jego kunsztowne plamki. A dla niektórych zwłaszcza żółcie – oczywiście te mniej kunsztowne – stały się nawet orężem buntu. Nakładają je na siebie, by z kamieniem w ręku stawać się prorokiem zupełnie innej sztuki – nieposłuszeństwa. Co sobotę wychodzą w miejski paryski plener żądać innego świata, tego, którego nie ma, nie było i nigdy nie będzie. Ale jego wewnętrzne odczucie jest – było i będzie.


Najpopularniejsze

Zobacz także