Pomost – Passerelle – Paryski nie-co-dziennik

Pomost – Passerelle – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 13 lutego 2018




Ciała wyziębione, zaropiałe, nabrzmiałe od ran. Kryją monstrualny dramat, drażniąc wzrok i nozdrza przechodniów. Bezdomni. Na paryskich ulicach, na kratach wentylacyjnych, na stacjach metra.






Wśród nich są Polacy, coraz ich więcej, szacuje się, że 10 tysięcy. Często nie znają francuskiego, co utrudnia pomaganie im w wychodzeniu z bezdomności – mówią wolontariuszki stowarzyszenia „Pomost – Passerelle”, jedynej we Francji organizacji polonijnej pomagającej rodakom wypchniętym tragedią osobistą, rodzinną czy zawodową na paryską ulicę.

Francuskie słowo passerelle oznacza pomost, kładkę, mostek. Dla stowarzyszenia to symbol przechodzenia z niemożliwego do możliwego, z beznadziei do nadziei, z sytuacji bez wyjścia do normalności. Jak podkreślają wolontariuszki – Sylwia i Wioletta – to również pomost między Francuzami i Polakami, bo swoim podopiecznym pomagają przy stałej współpracy z organizacjami francuskimi. Walczą o życie i godność ludzi, którzy wiarę we własne życie utracili, krążąc wokół czarnego jądra swej bezsilności. Wyczerpani, odurzeni, nieprzytomni, dla których alkohol bywa jedynym schronieniem.

Są wszędzie. Koczują w lasku Vincenne, na Châtelet, Tolbiacu, dworcach. Najczęściej mają od 20 do 50 lat. W czasie ulicznych patroli Sylwia i Wioletta próbują do nich dotrzeć, nawiązać kontakt, zdobyć zaufanie. Działają w warunkach street­workingu, budując z nimi pierwsze więzi na ulicy, żeby poznać ich problemy i podjąć stosowne starania zmierzające do poprawy ich sytuacji. Angażują się w poszukiwanie zaginionych i chowanie tych, którzy umarli na ulicy. Jeśli tożsamość bezdomnych da się zidentyfikować, to przez 5 lat mają grób imienny, a po tym czasie, jeśli nie znajdzie się rodzina i nie zabierze ciała do Polski, to jest ono przenoszone do zbiorowej mogiły.

Stowarzyszenie „Pomost-Passarelle” od ponad dekady pomaga bezdomnym oraz tym, którzy nie potrafią zaadaptować się do życia na emigracji. W pomieszczeniach Polskiej Misji Katolickiej w I dzielnicy Paryża prowadzi biuro socjalne. Organizuje spotkania z osobami wykluczonymi, pozostającymi na marginesie życia społecznego. A zaczęło się od spontanicznej, skutecznej pomocy kilku osób bezdomnemu polskiemu narkomanowi. Dziś 20 wolontariuszy pomaga podnieść się z ulicy innym upadłym tam Polakom, balansującym nad przepaścią swych ułomnych dni i nocy, miesięcy i długich lat ulicznej wegetacji. Interweniują w instytucjach socjalnych i medycznych, pracują nad budzeniem ich motywacji do podjęcia próby wychodzenia z bezdomności, przerwania ciągu alkoholowego, rozpoczęcia terapii, wejścia na trudną drogę reintegracji społecznej i zawodowej.

– Niedawno miałam telefon z Polski, że ktoś szuka swojego brata, który od kilku miesięcy przebywa na ulicy – opowiada Wioletta. – Znaleźliśmy go w okolicach cmentarza Père-Lachaise. Rękę miał niewładną. Nie ma dokumentu tożsamości. Pójdzie do szpitala na odwyk i zobaczymy co dalej. Brat chce go zabrać do Polski. Jednak zazwyczaj mniej wraca niż nie wraca. Wstyd im nie pozwala – że się nie udało, że zawiedli rodzinę, że przyjadą z niczym, często nawet bez swoich zębów, uzależnieni od alkoholu i innych środków psychoaktywnych; bywa że mają problemy z prawem, lecz najczęściej nie mają już gdzie wrócić.
Sylwia i Wioletta mają wykształcenie pedagogiczno-resocjalizacyjne, ale same przyznają, że do pomocy innym motywuje je przede wszystkim wiara. – Każdemu człowiekowi trzeba pomóc – mówią. – Tu i teraz, niezależnie od tego, czy ta pomoc będzie skuteczna, czy nie. Praca z bezdomnymi bardzo wciąga, przyzwyczajamy się do tych osób, ze strony których odczuwamy więcej wdzięczności niż nieprzyjemności, a jak się uda kogoś uratować, to jest nieopisana radość. Chciałoby się, by wszyscy wyszli z bezdomności, ale nie da się, to tak nie działa.





Zima to najtrudniejszy czas dla bezdomnych. Temperatura spadła poniżej zera i napadało tyle śniegu, że francuskie media porównują tegoroczną zimę do tych z lat 2013, 1946 i 1942, kiedy, tak jak obecnie, paryżanie zjeżdżali na nartach ze wzgórza Montmartre. Lecz w tym Mieście Świateł świeci też czarne słońce, w którego mrocznym blasku pełzają istoty złamane, wyziębione, skrajnie wyczerpane, w delirium lub alkoholowej śpiączce. Umierają w mieście elegancji, szyku, wyrafinowanego smaku. Czuć ich brudem, podłym alkoholem, moczem i ekskrementami. Twarze mają wyniszczone, oczy czerwone, ciała pokręcone. Alkoholicy, narkomani, prostytutki obojga płci, wychodzący z więzień i szpitali psychiatrycznych. Chorzy, słabi, wykluczeni, dotknięci złem naszego najlepszego ze światów. Ludzie stojący nad otchłanią swojego życia, którzy nieuchronnie spadną w głęboki dół ślepej natury, jeśli nie trafią na jakiegoś anioła o imieniu Sylwia lub Wioletta.

A śnieg pada. Pada w ciszy i w tym antropologicznym milczeniu, coraz częściej nazywanym NIC, nad którym tak usilnie przerzucamy pomost nadziei.

Leszek Turkiewicz