Pochwała naiwności – Paryski nie-co-dziennik

Pochwała naiwności – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 30 września 2019



Dobroduszność dzieckiem podszyta. Echo wczes­nej młodości, które pozwala wierzyć, że wszystko jest możliwe – przyjazne, dobre, bezpieczne. Zachwyt! Dziwienie się światu, ludziom, sobie samemu. Ufność! Choć często wyszydzana. Ale nie w paryskim muzeum Maillola, gdzie trwa wystawa mistrzów sztuki naiwnej: od Henriego Rousseau, zwanego Celnikiem, do Séraphine Louis.

Pokazano ponad setkę dzieł „nieskażonych przez intelekt”: realizm magiczny, pejzaż fantastyczny, dżungla, kwiaty, morze, sceny miejskie i podmiejskie, dziewczynki z lalkami, dorośli z marzeniami, codzienność duszy, nie rozumu. Obrazy prymitywistów – jak ich nazywano – nieprofesjonalnych artystów europejskiego kręgu kulturowego w odróżnieniu od „sztuki prymitywnej” spoza tego kręgu. W okresach kolejnych „izmów” XX wieku artyści ci na uboczu awangardy i akademizmu tworzyli własną estetykę.

Pierwszym i największym „naiwniakiem”, który zdobył światowe uznanie, był Celnik Rousseau. Samouk kierujący się intuicją, o którym mówiono, że jest głuchoniemym malarstwa, bo nie znał jego reguł. Malował instynktownie, introwersyjnie, niemal autystycznie. Można rzec, że jego twórczość balansowała między ocierającymi się o kicz słońcami a księżycami w pełni, które płasko nakładał na obrazy. Zatrzymywana ich „światłość” była niczym infantylna próba zaprzeczenia porządkowi rzeczy: ruchowi słońca po nieboskłonie, przemianie dnia w noc, życia w śmierć. To nie mogło się udać, ale próbował i się udało. Został wielkim archetypem malarstwa naiwnego.

Celnik miał 24 lata, kiedy zamieszkał w Paryżu, z którego już nigdy nie wyjechał. Dwukrotnie owdowiał, stracił czwórkę spośród pięciorga dzieci. Umierały na gruźlicę jak pierwsza żona Clémence, o której mówił, że to ona trzyma jego pędzel. A wziął go do ręki późno, około czterdziestki, by namalować swój pierwszy księżyc w pełni zawieszony nad parą kochanków. Był pracownikiem paryskiej akcyzy, sprawdzał towary wjeżdżające do stolicy – stąd jego przydomek. Około pięćdziesiątki przeszedł na przedwczesną emeryturę i całkowicie poświęcił się malarstwu.

Paryż z obrazów Celnika jest spokojny, prowincjonalny jak miasteczka, w których dorastał – Laval i Angers. Widać na nich parki, aleje, młyny, topole, wędkarzy, dzieci z wielkimi oczami; pojawia się latająca maszyna na niebie. Żył w nędzy. Marzył, aby zostać największym i najbogatszym malarzem Europy. Picasso kupił za pięć franków jego obraz „Portret kobiety” i zorganizował na cześć Celnika słynny bankiet w Bateau-Lavoir, jeden z ostatnich w historii bohemy Montmartre’u. To wtedy Rousseau miał powiedzieć do Picassa: „Obaj jesteśmy największymi malarzami naszych czasów”, co rozbawiło wszystkich z wyjątkiem Picassa.

Styl Rousseau – płaski, bez perspektywy – śmieszył, a barwność i anegdotyczność – zachwycały. Inspirowały go pocztówki, fotografie, albumy. Malował fragmenty świata, którego nigdy nie widział. Zwłaszcza obrazy dżungli zrobiły z niego sławnego malarza. Malował je z wyobraźni. Dzikie żywe zwierzęta widywał tylko w zoo, a jedyną dżunglą, jaką kiedykolwiek oglądał, był paryski park Jardin des Plantes. Celnika odkrył Niemiec Wilhelm Uhde, znany w paryskim światku marszand i kolekcjoner, propagator malarstwa naiwnego. Odkrył też innych prymitywistów wystawionych w muzeum Maillola. Nazywał ich „prymitywistami moderny”, bo i oni przyczynili się do przemiany malarstwa.

Są wśród nich ogrodnik André Bauchant, którego prace nabyły największe muzea z londyńskim Tate Gallery i nowojorskim Museum of Modern Art na czele, oraz urzędnik pocztowy Louis Vivin wystawiający na ulicach swoje obrazki paryskie albo Camille Bombois, robotnik rolny, dróżnik, siłacz występujący w cyrku, znany z witalnych scen jarmarcznych, no i Séraphine Louis, która malowała z woli „anioła stróża” wyłącznie motywy roślinne, kwiaty i liście. W młodości zajmowała się wypasem bydła, później pracowała jako pomoc domowa. Uhde zaopiekował się nią, zaopatrywał w farby, rozpropagował jej twórczość. Ostatnie dziesięć lat życia spędziła w zakładzie dla umysłowo chorych z rozpoznaniem psychozy. Została pochowana w masowym bezimiennym grobie.

Także Rousseau, mimo że doczekał artystycznego uznania, został pochowany pośród ubogich w podparyskim Bagneux. Zmarł na gangrenę. I dopiero po 37 latach jego szczątki ekshumowano, by przewieźć do rodzinnego Laval, miasta, które za życia malarza odmówiło zakupu choćby jednego obrazu największego mistrza sztuki naiwnej. Kiedy nadszedł czas ostatniej pełni Księżyca, namalował ją jako „Marzenie” (Le Rêve) lub – jak kto woli – „Sen”. Naga kobieta śpi na kanapie w tropikalnym lesie pełnym olbrzymich kwiatów obok pary przyjaznych lwów, egzotycznych ptaków i czarnej piękności, która anielsko przygrywa na instrumencie. To śpi Jadwisia, polska przyjaciółka artysty.

Obraz ten porównywano do staroorientalnej sztuki, dopatrując się w nim skali barw obejmującej kilkadziesiąt tonów szarości. Apollinaire twierdził, że promieniuje takim pięknem, że już nikt nie będzie się śmiał z Celnika. Koniec, kropka. Choć podszyta wiecznie dziecięcym pytajnikiem.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także