Oswajanie apokalipsy – Paryski nie-co-dziennik

Oswajanie apokalipsy – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 15 grudnia 2018




Paryż upokorzony – wciśnięty w kaftan bezpieczeństwa przez opancerzone pojazdy tłumiące uliczną rewoltę, ślepą konwulsję ruchu „żółtych kamizelek”. Skąd­inąd zgodnie z europejską dyrektywą każdy powinien taką mieć w samochodzie.

To ruch bez struktur, programu, przywódców, manifestujący co sobotę wściekłość przeciwko podwyżkom, biedzie, przeciwko wszystkiemu.

Efekt 40 lat choroby – jak zdiagnozował sytuację Macron, wyniesiony do władzy przez ten sam antyestablishmentowy ferment. Prezydent bije się w pierś, ale za słabo i za późno, by uśmierzyć krzyk francuskiej ulicy. Na razie dryfuje donikąd. Czekając na „coś” więcej, coś, co odwróci ten niebezpieczny trend, zostawiam zdewastowany Łuk Triumfalny i jadę metrem trzy stacje dalej ku „radośniejszej apokalipsie”.

„Apocalypse joyeuse” – pisał austriacki pisarz Hermann Broch. Nie tak odległy nam entourage, w jakim żył i tworzył jego rodak, malarz i grafik Egon Schiele, artysta wiecznie już młody, bo zmarł, mając zaledwie 28 lat. Bulwersującą twórczość Schielego, w setną rocznicę jego śmierci, prezentuje Fundacja Louisa Vuittona – sto prac rozbitka z rozpadającego się świata o kruchych fundamentach, świata przekraczającego próg wojny światowej. To jeden ze zwiastunów katastrofy, która miała zakrwawić Europę. Wiele dzisiejszych niepokojów znajduje echo w jego rysunkach i obrazach zakorzenionych w tej „radosnej apokalipsie”, naznaczonych niepokojem, rozkładem, postcoitusowym smutkiem, poczuciem hańby i wstydu, ale i czułością. Ludzkie figury w ekstremalnej seksualnej ekspresji przeniknięte dreszczem śmierci, wdrapujące się na szczyty XX-wiecznej sztuki.

Egon Schiele zaczynał od szkicowania pociągów w rodzinnym miasteczku Tulln nad Dunajem. Jeden z takich pociągów, po śmierci ojca (zmarł na syfilis), zawiózł go do Wiednia, wtedy intelektualnej stolicy Europy, miasta Musila, Schönberga, Wittgensteina, Freuda czy mistrza secesji Klimta, który roztoczył patronat nad uzdolnionym nastolatkiem. Schiele poznał modelkę Klimta, siedemnastoletnią Wally. Dołączył do nich licealista Willy o skłonnościach homoseksualnych. Zamieszkali w trójkę. Trio Egon-Wally-Willy gorszyło sąsiadów. Malarzowi pozowały też okoliczne dzieci. Pachniało skandalem, który zaprowadził Schielego do więziennej celi. Oskarżony o uwodzenie nieletnich i szerzenie pornografii – na rozprawie sędzia spalił nad płomieniem świecy jeden z jego gorszących rysunków – spędził 24 dni w więzieniu. W 1915 roku poślubił Edith Harms, którą trzy lata później w szóstym miesiącu ciąży zabiła epidemia grypy hiszpanki. Trzy dni później hiszpanka uśmierciła również Egona.

Paryska wystawa eksponuje dekadę twórczości Schielego – od 1908 roku do dnia jego śmierci jesienią 1918. Pokazuje, jak jego kreska ewoluuje, jak wykształca indywidualny, niepowtarzalny styl – portrety, autoportrety, „umarłe miasta”, ale przede wszystkim wręcz obsesyjne akty. Początkowa ornamentalna kreska inspirowana secesją wpisuje się w dzieło Klimta. Z czasem zmienia się w ekspresywną, surową, nerwową. Szuka kruchej równowagi, wzmacnia kontur, zniekształca proporcje, w końcu się urywa i rozczłonkowuje ciało, to tłumi, to wzmaga jego seksualną zachłanność. Zmienia ciało w kawałki mięsa, wyrazisty znak jego egzystencji. Dzieło prowokacyjne, osobliwe, naznaczone jakąś skazą.




Szalone, obłąkane postacie. Wyglądają jak częściowo obnażone mumie splecione w obscenicznym uścisku. Masturbujące się, okaleczone, udręczone akty. Młode, dopiero co dojrzałe płciowo dziewczyny patrzące szklanymi oczami porzuconych lalek. Obok ich szmaciane pajace z ciałami guzowatymi, nadętymi, w poskręcanych pozach, z dalekimi od hedonistycznego triumfu fallusami. Oboje upokorzeni freudowskim upadkiem mocy swych ciał, w których „już nie są we własnym domu”, a w laboratorium klinicznej introspekcji. Zaostrza się erotyzm, nadpobudliwość, ból, paroksyzm; naturalna emocja ustępuje miejsca spazmom, konwulsjom, wielopostaciowej histerii. Schiele posłużył się jej symptomami, by uchwycić nie tylko psychiczne cierpienie, ale i społeczny niepokój swoich czasów.

Ten niepokój, strach, przerażenie unoszą się pośrodku egzystencjalnej pustki. Portrety i autoportrety nawiedzają widma ich samych, uwalniane makabryczną kreską w formie jakiejś antycznej psyche, cienia, fantomu. Te alter ego o różnych awatarach, które są tylko marionetkami, manekinami, wyobrażeniami, pokazują niemożność uchwycenia prawdy o człowieku, jego ulotnej esencji sprowadzającej się do tego, że „ego, ani tym bardziej super­ego, nie mogą być ocalone”.

Tyle. Czas wracać z ery „radosnej apokalipsy” w czas chaosu „żółtych kamizelek” grożących kaftanem powszechnego niebezpieczeństwa. Akt V dramatu „Francja w pułapce chaosu” przed nami, dramatu, w którym Sekwana przestaje być tylko francuskim Rubikonem. Na jej lewym brzegu błyszczą ultralewicowe oczy Melenchona, na prawym – ultraprawicowej Marine Le Pen, a między nimi, ciągle na kapitańskim mostku, bije się w pierś Emmanuel I Macron. Nikt inny się nie liczy. Na razie. Bo zmienność to cecha nie tylko politycznej natury.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także