Oceania – Paryski nie-co-dziennik

Oceania – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 30 czerwca 2019

Witajcie w krainie bezkresnego morskiego horyzontu, archipelagów, lagun, atoli. W konstelacji 25 tysięcy wysp, tworzącej odrębną część świata, która sięga trzeciej części globu. Witajcie w Melanezji, Mikronezji, Polinezji… Na mitycznych wyspach szczęśliwych: Bora-Bora, Fidżi, Nowych Hybrydach, Nowej Kaledonii, Wyspach Marshalla, Wyspach Wietrznych i Podwietrznych, Samoa, Tonga, Tahiti, Tuamotu, Markizach…

Jaka szkoda, że to jedynie przestrzenie muzealne, choć w jednym z najpiękniejszych na świecie muzeów kultur pozaeuropejskich, paryskim Quai Branly. Lecz i tak grzechem byłoby narzekać. Więc wędrujmy pod wiatr, słońce, fale, z wyspy na wyspę, z plaży na plażę, wpatrując się w osobliwości imponującej ekspozycji – „OCEANIA”.

Pierwszy raz nazwy Oceania użył 225 lat temu geograf Conrad Malte-Brun, a 250 lat temu kapitan James Cook również po raz pierwszy wpłynął na wody Pacyfiku, o czym przypomina wystawa paryska. Jej dobrym podtytułem byłyby słowa tongijskiego poety Epeli Hau’ofa – „nasze morza wysp” użyte w opozycji do „wysp zagubionych na morzu”, bo oddają przestrzeń kulturowo połączoną, a nie izolowaną. Lecz by tak się stało, trzeba było tysięcy lat, nim ludy przybyłe z Azji Południowo-Wschodniej, wyśmienici żeglarze, osiedlili się na tych dalekich archipelagach Pacyfiku. Począwszy od XVII wieku zaczęły się ich kontakty z Europejczykami, misjonarzami, kolonizatorami. 170 eksponatów datowanych od XIV wieku po współczesność, bezcennych skarbów z Nowej Gwinei, Wyspy Wielkanocnej, Hawai, Nowej Zelandii i wielu innych enklaw Oceanii opowiada o wędrówkach z wyspy na wyspę, zakotwiczaniu, budowaniu i różnicowaniu się wyspiarskich społeczności.

Mijam boga A’a, dalej boga Lono, statuy przodków z Wysp Salomona, wizerunki Tiki, relikwiarz z Papui-Nowej Gwinei, ceremonialne rekwizyty, pirogi, rzeźby, maski, talizmany, zdobione insygnia władzy. Siadam przed panoramicznym, długim na 30 metrów ekranem, na którym trwa projekcja wideo Nowozelandki Lisy Reihany „In Pursuit of Venus”. Naiwne wyobrażenie Europejczyków o ludach Oceanii, beztroskim życiu dzikich, egzotycznych zwyczajach kultywowanych pośród palm, zielonych gór, błękitnego morza. Ukazują się oddane miłości vahiny. Mit nowej Cytery, nowej wyspy Afrodyty zrodzonej, tym razem, z oceanicznej piany Polinezji. Vahiny pachnące tropikalnym słońcem. O… tak się rozmarzyłem, że na oceanicznym straganiku z pamiątkami nabyłem „Tamure Punch”, kształtną butelkę rumu, i usiadłszy w przymuzealnym ogrodzie skosztowałem tego psychodelicznie wręcz powabnego mitu.




– Na początku świat był oceanem – słyszę ów powabny głos. – Żyły na nim dwie boskie istoty: Oatea i Atanue. Szczęśliwa bogini uwielbiała patrzeć w falującą wodę odbijającą kolory tęczy. Ale pewnego razu Atanue zapragnęła odmiany i przerwała ten spektakl. – Jestem znudzona takim życiem, chcę domu – rzekła. – Jeszcze przed świtem zbuduję nasz dom – przyrzekł Oatea i słowa dotrzymał. Zbudował dom: wyspę Henua Enana (Ziemia Ludzi), na której spłodzili syna Te Mea (Początek); i ta boska rodzina zaczęła się rozrastać niczym grecki Olimp. Wyspa stała się oazą na oceanie, nadzieją wynurzającą się z wielkiej wody. Morus szukał na niej, na Utopii, idealnego społeczeństwa, Stevenson chował skarby, szekspirowski Prospero z Burzy odprawiał czary, a Melville, London, Gauguin, Brel, Brando i wielu innych miłośników krnąbrnego życia odkrywali ziemski raj, dziki, surowy, piękny.

Wystawę kończy sfilmowany performance z 2012 roku, poemat „Tell Them” Masahiro Sugano z Wysp Marshalla, wykonany przez Mikronezyjkę Kathy Jetnil-Kijiner, która opowiada o swym wyspiarskim ludzie, oddechu Boga, szybkich jak wiatr łodziach. „Powiedz im, że nigdy stąd nie wyjedziemy, bo bez tych wysp jesteśmy nikim”. Powiem. Siedem miliardów ludzi to siedem miliardów wysp. Każdy ma swoją wewnętrzną „wyspę” – tak w neuronauce nazywa się ów obszar w głębinach naszego mózgu, leżący na dnie głębokiej bruzdy, gdzie stykają się płaty skroniowy, ciemieniowy i czołowy. Prawdopodobnie to właśnie tam rodzi się poczucie naszej tożsamości, poczucie osobowego świata otwartego na świat nieosobowy, poczucie kim jesteśmy, które dotyka biochemicznego zapisu, czym jesteśmy.

Znad Sekwany powiało dziwnym nieoczekiwanym dobrem, przyjemnym zefirkiem. A może to dobro to tylko alibi zła, które w syzyfowym trudzie oswajamy w neuronowych głębinach mózgu. Człowiek, odkąd stał się człowiekiem, od odkrycia ognia po rozbicie atomu, ciągle jedynie rozrywa te miliardy napotkanych struktur, których ponowne scalenie nie jest już możliwe. Taka przygodność. Jak fale przypływu i odpływu, przelotnej, przemijającej egzystencji. Doświadczenie zmienności. Nie da się jej uniknąć, jest istotą wszystkiego, każdego bytu.
I znowu ten oceaniczny głos ukryty w cierpkim „Tamure Punch”, który bym chętniej nazwał imieniem Te Mea (Początek). Ale to koniec. „Stań się jak wyspa, przyjmij schronienie w sobie – nie ma innego”. Okay, spróbuję. Koniec końców doznaje się tylko siebie. Więc wracam na tę wyspę w głębi siebie. Bez niej jestem nikim, jakąś pustą wulkaniczną plażą, czarną jak śmierć. Gorąco.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także