Mega-art po burzy – Paryski nie-co-dziennik

Mega-art po burzy – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 5 maja 2019

Pewnej nocy znalazł się na pełnym morzu. Rozpętała się burza. Zażądał, by przywiązano go do masztu, i smagany falami obserwował szalejący żywioł pośród czarnych chmur i kotłującej się piany. Po powrocie do portu Harwich marynarze z ulgą spoglądali na oddalającego się szaleńca.

Kim on jest? – pytali. Nazwisko: Turner. Imię: William. Zawód: geniusz. Wrócił do londyńskiego atelier i namalował to, co zobaczył. Wyszło arcydzieło, któremu brakowało jedynie wycia wiatru i smaku morskiej soli.

Artysta o szekspirowskiej imaginacji i obsesji słońca był jednym z najbardziej nowatorskich malarzy swej epoki. Słońce to Bóg, mawiał, stwarza idealny świat, idealny pejzaż. Po „Burzy” zaczęły się jego eksperymenty wysmakowanych gradacji barw, w których kontury przedmiotów sięgały horyzontu abstrakcji. Te marynistyczne pejzaże nazwano „studium zanikania”. Kilka przepłynęło kanał La Manche wyeksponowane pod dwunastoma szklanymi żaglami rozpiętymi nad „ikoniczną budowlą XXI wieku”, paryskim muzeum Fundacji Louisa Vuittona, które za credo przyjęło sentencję: Twórczość jest podróżą.
Preimpresjonistyczne prace Turnera otwierają wystawę prestiżowej londyńskiej kolekcji Courtaulda – impresjonistów i postimpresjonistów – prezentowaną w Paryżu po raz pierwszy od 1955 roku. Pokazano tak ikoniczne dzieła jak Bar w Folies-Bergère Maneta, Górę Sainte-Victoire Cézanne’a, Pole pszeniczne z cyprysem czy Autoportret z zabandażowanym uchem van Gogha albo Nevermore Gauguina, akt młodej Pahury, z którą dzielił życie na Tahiti, ujęty na sposób Mai Goi lub Olimpii Maneta. Są prace innych mistrzów, takich jak Monet, Renoir, Bonnard, Degas, Matisse, Picasso, Modigliani, Pissarro, Rodin, Celnik Rousseau, Sisley, Toulouse-Lautrec… Łącznie 62 obrazy i 45 grafik.

Przede mną świat Cézanne’a, tego, co chciał Paryż zachwycić jabłkiem. I zachwycił. Nie tylko martwą naturą z jabłkiem, a całą twórczością okrzykniętą objawieniem modernizmu. Jest jakaś tajemnica w jego dziele. Tkwi w formie, którą rywalizował z Naturą lub Bogiem. Urodził się w Aix-en-Provence na południu Francji i żył wyłącznie dla malarstwa. – Przekonać go do czegokolwiek innego to to samo, co namówić wieże Notre Dame do zatańczenia kadryla; on jest jedną wielką bryłą, skostniałą i nieruchomą – pisał jego przyjaciel młodości Zola. Tematowi góry Sainte-Victoire z okolic Aix poświęcił 60 obrazów i akwarel. Żeby skończyć jeden, potrzebował miesięcy, czasem lat. Góra zmieniała się pod jego malarską „kielnią” – stawała się niemal abstrakcyjną, ale rozpoznawalną, mimo że tworzące ją plamy można postrzegać każdą z osobna. Plany i tło się przenikają, zamazują, aż ciągnie się przez nie już tylko światło. Tak ów ojciec modernizmu wskazał nowe drogi sztuki.

Dalej – Degas. Kojarzony z baletnicami, którym poświęcił najbardziej znane pastele. Tancerki i kobiety przy toalecie przyniosły mu największy rozgłos. Chętnie redukował je do symbolu pożądania. Operował grubym konturem, zamaszystą kreską, dbał o dekoracyjność linii. Jego kompozycje były śmiałe, przedłużane poza ramy obrazu. Swobodnie rozmieszczał postacie, ucinając ich fragmenty w dowolny, nieklasyczny sposób, zawsze dbając o wyrazisty rysunek. Stosowana przez niego maniera ciasnego kadru zapowiadała współczesną fotografię. Z pewnością nie był malarzem „sztuki dla sztuki” ani zwiastunem abstrakcji. Był malarzem wyrafinowanej fragmentarycz­ności, przypadkowości.

Trafiam do sali van Gogha i Gauguina. Pachnie „tragedią w Arles”, w tym prowansalskim miasteczku, gdzie malowali w słońcu Południa. Jej zapowiedzią są ekstatyczne cyprysy tego pierwszego – „czarne plamy na słonecznym pejzażu, piękne jak egipski obelisk”. To tragedia odczytywana jako przyczyna upadku van Gogha. Malarz popadał w psychozę i urojenia, a gdy stan się zaostrzył, z brzytwą w ręku pobiegł za Gauguinem, ten uciekł do hotelu, a on wrócił do ich „Żółtego Domu” i dręczony halucynacją obciął sobie ucho, zawinął w chusteczkę i zaniósł do burdelu, wręczając prostytutce o imieniu Rachela. Dobrowolnie udał się do domu dla obłąkanych w Saint-Rémy. Napisał do brata: Trudno poznać samego siebie; i niełatwo namalować. Choroba to niebiański środek transportu ku śmierci, a umrzeć starym to dotrzeć tam pieszo. Miał 37 lat. Ostatnie tygodnie spędził w podparyskim Auvers-sur-Oise, gdzie zdążył jeszcze namalować 80 obrazów, zanim postrzeliwszy się w pierś, umarł, zostawiając po sobie konwulsyjne, pełgające pociągnięcia pędzlem.




Gauguin innych szukał horyzontów. Obrał kurs na Tahiti, za rajem utraconym. To, co niemożliwe, zaklinał w wielkie malarstwo, ciepłe, intensywne, wizyjne, naznaczone osobliwą symboliką, kolorem, prostotą. Jego półnagie postacie są bez­czasowe, zamknięte przez góry i morze. Są częścią pejzażu: żółtego, niebieskiego, zielonego, gdzie nic nie jest naznaczone ręką człowieka. Przypominają egipskie reliefy. Na Tahiti odnalazł swój styl. Odrzucił dekadencję i krępujący racjonalizm. Wypracował czystość i oryginalność swojego malarstwa. Zmienił je w życie, w spektakl tak odległy od nadsekwańskiej codzienności jak Paryż od tropików mórz południowych. Zmarł na Markizach, na wyspie Hiva Oa, w oparach alkoholu i farb, w ramionach Wielkiej Nocy.

Znowu słońce. Z Turnera – Dawn after the Wreck. Odsłania idealny pejzaż, idealny świat. Idealny – bo innego nie ma i nie będzie.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także