Męczennik sztuki – Paryski nie-co-dziennik

Męczennik sztuki – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 8 sierpnia 2020

7 sierpnia 1890 roku w lokalnym dzienniku podparyskiej gminy Pontoise – L’Echo Pontoisien – ukazała się informacja: „Auvers-sur-Oise. W niedzielę 27 lipca człowiek zwany van Goghiem, lat 37, obywatel holenderski, artysta malarz będący przejazdem w Auvers, strzelił do siebie z pistoletu na okolicznych polach; ranny wrócił do pokoju, gdzie nazajutrz umarł”. 130 lat później Le Monde poświęcił tekst okrągłej rocznicy śmierci Vincenta van Gogha oraz odkryciu lokalizacji jego ostatniego, nieukończonego pejzażu – „Korzenie drzewa” – nad którym miał on pracować jeszcze w dniu postrzału.

Odkrycia dokonał pracownik francuskiego Instytutu van Gogha na podstawie starej pocztówki przedstawiającej drzewa przy drodze do wioski Auvers, których kształt jest podobny do drzew z „Korzeni”. Miejsce to znajduje się 150 metrów od Auberge Ravoux, zajazdu, w którym malarz mieszkał przez ostatnie 70 dni swojego życia. Van der Veen – bo tak nazywa się ów odkrywca – dopatrzył się tego podobieństwa podczas wymuszonego koronawirusem lock­downu w swoim domu w Strasburgu. Eksperci przeprowadzili badania porównawcze obrazu, pocztówki, wskazanego miejsca, namalowanych i rzeczywistych drzew i wydali opinię, że faktycznie wskazana lokalizacja jest „wysoce prawdopodobna”.

Z tej okazji Willem van Gogh, prawnuk Theo, brata słynnego malarza, odsłonił w tym miejscu pamiątkową tablicę. Uroczystość odbyła się w 130. rocznicę śmierci Vincenta, jednego z pierwszych męczenników sztuki, na poły malarza, na poły mnicha. Ten syn pastora we wszystkim zachowywał świadomość chrześcijańską, która znajdowała ujście w innej religii, jaką dla niego była sztuka. Mistyczny sposób traktowania świata jest wyraźnie wyczuwalny w dziełach van Gogha. Za swego mistrza uważał Chrystusa, którego nazywał artystą największym spośród wszystkich filozofów i magów. Artystą w sensie dosłownym, który pracował w żywym ciele, gardząc marmurem, gliną, kolorem, co nie tworzył ani rzeźb, ani obrazów, ani ksiąg, ale żywych nieśmiertelnych ludzi. Sam uważał się za naśladowcę Chrystusa, przypisując sobie winy świata. Gdy maluję – pisał – widzę utajony nurt życia, wszystko, co człowiek kiedykolwiek widział, czynił i… cierpiał.

Władze miasteczka Auvers rozmieś­ciły w plenerze, na wzór drogi krzyżowej, reprodukcje obrazów artysty w miejscach, w których je malował. Legenda i święty smutek do dziś trwają po tym zamkniętym w swej chorobie geniuszu, mrukliwym szaleńcu, rudowłosym dziwaku z trudnym do wymówienia dla paryżan nazwisku van Gogh, co skłoniło go do sygnowania swych prac tylko imieniem Vincent, które nomen omen nosił po zmarłym bracie. Pielgrzymi jego sztuki ściągają do podparyskiego Auvers-sur-Oise, gdzie zakończył on swój tragiczny żywot. Wpatrują się w pokój malarza w oberży Ravoux, a raczej w celę mistyka albo szaleńca pogrążoną w półmroku. Kilka metrów kwadratowych nagich ścian, małe okno, popękane mury, zapach wilgoci. Puste krzesło… Niektórzy trafią do pobliskiego Muzeum Absyntu, by zmierzyć się ze szklaneczką „zielonej czarodziejki”, najwierniejszej kochanki holenderskiego artysty.

W tamtych ostatnich dniach lipca był on w pełni władz umysłowych. Pożyczył pistolet pod pretekstem polowania na padlinożerne kruki i na „wielkiej równinie” według oficjalnej wersji postrzelił się w pierś. Niczym Syn Boży trzykrotnie upadał i powstawał, zanim o własnych siłach dowlókł się do oberży, w której umarł. Trumnę z jego ciałem udekorowano słonecznikami i daliami i w obecności kilku osób pogrzebano na miejscowym cmentarzu. Jako samobójcy odmówiono mu krzyża na grobie; na kamiennym nagrobku są tylko słowa: Vincent van Gogh i liczby: 1853 – 1890. Obok – grób Theo van Gogha; przeżył brata o pół roku. Malarz przez całe życie (sprzedał tylko jeden obraz) był zależny od finansowego wsparcia brata.

Od dawna trwa debata nad tym, który z obrazów był ostatnim dziełem van Gogha. Van der Veen przekonuje, że „Korzenie drzewa”, o czym ma świadczyć także treść listu szwagra Theo, z którego wynika, że w dniu postrzelenia Vincent malował leśną scenerię pełną słońca i życia. Niektórzy biografowie malarza zaprzeczają samobójstwu – np. Steven Naifeh i Gregory White Smith uważają, że postrzelił go przypadkowo nastolatek René Secrétan, z którym artysta się przyjaźnił, popijał absynt i którego chciał chronić. Malarz wybrał się w plener malować, a nie żeby się zabić – twierdzą. Poza tym samobójcy zwykle strzelają sobie w głowę, nie w serce, a on ranił się w pierś. Nie odnaleziono broni, z której padł strzał – a padł pod takim kątem, że wlot pocisku nie potwierdza hipotezy samobójstwa. Na pytanie policjanta, czy chciał się zabić, miał odpowiedzieć: „Myślę, że tak… I nie oskarżaj nikogo innego”.

„Smutek będzie trwał wiecznie” – to ostatnie słowa van Gogha wypowiedziane przed śmiercią do Theo. Całe jego życie było wielką tęsknotą za znoszącą ból i smutek nieskończonością. Malował ją jako konwulsyjną, pełgającą ciemność. Ale jak oddać tę ciemność za pomocą koloru, to artystyczne wyzwanie jego życia. Była to żółta ciemność, ostatni akord zespalający naturę i sztukę, życie i śmierć w jedną potęgę bytu. I choćby dla tej ciemności warto ŻYĆ.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także