Mag, guru, boss – Paryski nie-co-dziennik

Mag, guru, boss – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 18 marca 2019



20 lat temu zmarł Jerzy Grotowski, jeden z największych reformatorów teatru. Dla jednych – twórca charyzmatyczny, kapłan świeckiej religii, niepokorny, przekorny, zbuntowany. Dla innych – manipulator ludźmi, sztukmistrz, heretyk, profan odprawiający czarne msze, jak twierdził prymas Wyszyński.

Kilka miesięcy przed śmiercią wygłosił ostatni z dziewięciu wykładów w Collège de France, gdzie specjalnie dla niego utworzono katedrę antropologii teatru. Jego wykład inauguracyjny po raz pierwszy w historii tej szacownej uczelni odbył się nie w jej gmachu, lecz w paryskim teatrze Bouffes du Nord Petera Brooka, który proponował przyznanie Grotowskiemu Nagrody Nobla.

W 1990 roku przyjął obywatelstwo francuskie; rok później dostał amerykańskie stypendium MacArthur Foundation, zwane grantem dla geniuszy, a kilka lat wcześniej – azyl polityczny w USA, mimo że związał się z komunistycznym reżimem za cenę twórczej wolności. Po śmierci w toskańskiej Pontederze, jego prochy rozsypano w Indiach, niedaleko Madrasu, nad Arunaczalą (Płomień), świętą górą Ramany Maharishiego, w miejscu dla niego szczególnie ważnym.

Grotowski był zafascynowany Indiami, twierdził, że już od 9. roku życia zajmował się hinduizmem. Chciał być jak Gurdżijew, jak Jung. Z wędrówek po Indiach wracał odmieniony niczym zakonny asceta – spektakularnie odchudzony z długimi włosami i rzadką brodą. Szukał tam chrześcijańskiej gnozy zabarwionej hinduizmem, szukał „archetypu Chrystusa”, „laickiego rytuału”, własnej jogi prowadzącej od samopoznania do samoobjawienia, do ekstatycznego kontaktu z energiami natury, które odsłaniają istotę natury ludzkiej uwolnionej od osobności tego, co określa los. Miał poczucie misji. Swym poszukiwaniom nadawał charakter hipotez naukowych, gdzie aktorzy i widzowie byli jedynie elementem eksperymentu. Prowadził warsztaty w Khardaha na przedmieściach Kalkuty i z jezuitą Gastonem Robergem w indyjskim Bengalu, we wsi Kenduli nad rzeką Ojoy.

W jednym z tekstów napisał: „W dzieciństwie mieszkałem przez jakiś czas na wsi. Rosła tam dzika jabłoń, która miała dość szczególny kształt. Ta jabłoń przyciągała mnie. Żeby wejść z nią w obcowanie, stworzyłem sobie rodzaj rytuału. Opętała mnie nierozsądna pokusa, by stać się kapłanem jabłonki. Odprawiałem przed nią coś w rodzaju mszy. Potem przyszedł czas, kiedy zacząłem na tę dziką jabłoń wchodzić. Było to osobliwe wchodzenie. Nie wdrapywałem się na nią jak na każde inne drzewo. A nawet nie sama jabłonka była w tym wchodzeniu ważna. Było to tak, jak gdyby drzewo przenosiło mnie gdzie indziej. Nieważne, że to było drzewo. Kogoś może przenieść światło księżyca, światło natury. Kiedy zacząłem przepisywać rozmowy Ramany Maharishiego z przybyszami, odkryłem, że gdzieś na świecie żyją ludzie świadomi takiej możliwości”. I tak oto wyruszył „Grot” ku nowym lądom, z których jeden nazwał „Drzewem Ludzi”, by „zająć się człowiekiem nie jako produktem, nie światem, jaki on tworzy, światem jego rekwizytów, przedmiotów, dekoracji, nie światem wyobrażeń, który sobie buduje, ale człowiekiem jako środowiskiem naturalnym w obrębie samego siebie”.

Jerzy Grotowski światową sławę zyskał godzinnym przedstawieniem Apocalypsis cum figuris w Teatrze Laboratorium we Wrocławiu, uznanym przez tygodnik Time za najważniejsze wydarzenie dekady lat 60. Było to artystyczne misterium o tym, jak mogłoby wyglądać ponowne przyjście Chrystusa na świat, jak został przez ludzi odrzucony. To zwieńczenie Grotowskiego idei „teatru ubogiego” i „aktu całkowitego”. Pierwsza zakładała odrzucenie wszystkiego, co nie jest dla teatru niezbędne, by nie był zlepkiem różnych sztuk: plastyki, muzyki, literatury, i pozostawienie jedynie aktora i widza stanowiących jego integralną całość. Druga zakładała, że aktor nie tyle gra, udając uczucia, co w owym akcie całkowitym się całkowicie ogołaca, docierając do najgłębszych pokładów psychiki.




Apocalypsis to ostatnie przedstawienie Grotowskiego. Będąc u szczytu powodzenia, przestał wystawiać spektakle. Zaangażował się w prace warsztatowe, zwłaszcza z ciałem i głosem, rzeczywistym medium komunikacji. Porzucił teatr na rzecz badań z pogranicza antropologii i psychologii. Zaczął realizować kolejne przedsięwzięcia nazywane „teatrem uczestnictwa”, „parateatrem”, „teatrem źródeł”. Szedł coraz dalej w poszukiwaniach „tajemnej logiki świata”. Były to doświadczenia transkulturowe, w których proces twórczy odbywał się bez podziału na widzów i uczestników (aktorów). W Pontederze realizował swój ostatni program – „sztuki rytualne”, konstruując tzw. Akcje dotykające archetypów różnych kultur świata. Ten ostatni etap jego twórczości to według Petera Brooka „Sztuka jako wehikuł”, bo mająca przenosić uczestników w inny wymiar rzeczywistości; sztuka, która nie potrzebuje już widza, bo jej odbiorcą jest sam działający. To próba dotknięcia czegoś istotnego w człowieku, tego, co łączy nas z całym łańcuchem istnienia, próba doświadczenia owej „istotności” całym sobą.

Grotowski prowadził dialog z nieświadomością kolektywną, wadził się z Bogiem, wędrował ku doświadczeniu pierwotnemu, gdzie teatr był tylko po drodze. Dobrze wpisywał się w epokę hipisów, „białych Cyganów”, jak ich nazywał. Mistyk w masce racjonalisty. Apostoł ducha czy autokreacji? Narcystyczny Żorżyk o wielkiej potrzebie uznania, adoracji i sławy – czy genialny Grot osaczający największe tajemnice tkwiące w człowieku? Kapłan czy szaman tej swojej dzikiej jabłoni?

Sprostowanie à propos felietonu Siedem liderek głównych. Przepraszam za nierzetelnego chochlika, który przyznał pani Marii Delaperrière profesurę Sorbony. Pani Delaperrière tam nie wykładała; wykładała w Narodowym Instytucie Cywilizacji i Języków Wschodnich INALCO, co w niczym nie zmienia jej nobliwej pozycji jednej z „liderek” paryskiej Polonii.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także