Macrona rok 1 – Paryski nie-co-dziennik

Macrona rok 1 – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 26 maja 2018

Minął rok, jak antysystemowy i antyestablishmentowy outsider zdobył Pałac Elizejski. Zrobił to jednym magicznym zaklęciem – En même temps, czyli „w tym samym czasie”. W tym samym czasie chronić lud francuski przed ekscesami rynku i liberalizować gospodarkę. Ów master of modus vivendi szukający kompromisu między wolnością i równością na potrzeby polityki zagranicznej używa innego magicznego zaklęcia – France is back!





Emmanuel Macron chętnie posługuje się angielskim, jak przystało na obytego w świecie globalistę bez kompleksów zachwalającego otwartość Francji na wyzwania postępującej globalizacji. Nieobca jest mu też łacina, której uczyła go w liceum jego dużo starsza żona Brigitte. Dzięki ich nietypowej historii miłosnej, jaką wnieśli na polityczną scenę, od razu stał się znany, wzbudzając ciekawość, kiedy cztery lata temu prezydent Hollande wyciągnął go z politycznego niebytu i uczynił ministrem gospodarki. W kampanii prezydenckiej żartował, że skoro zdobył serce starszej o 24 lata kobiety, to i Francja nie będzie stawiać oporu. I tak się stało. W pół roku rozbił lewicę, zdemolował prawicę, obezwładnił ekstremistów i został najmłodszym prezydentem Francji. Być może nadszedł teraz czas na inną damę jego życia, na Europę – zastanawiają się komentatorzy. Układ planet mu sprzyja. Młodsza o rok od jego żony Angela Merkel jest osłabiona rządowymi koalicjantami, a zajęta brexitem Theresa May, ustępuje mu tradycyjnie strategiczne miejsce u boku Stanów Zjednoczonych.

Młody outsider, mimo że bez znaczącego doświadczenia w polityce zagranicznej, na scenie międzynarodowej jest wyjątkowo aktywny. W ciągu roku urzędowania odbył rekordową liczbę zagranicznych wizyt – 44, w tym 26 do krajów Unii Europejskiej. Właśnie (24 i 25 maja) przebywa u Putina w Sankt Petersburgu. W styczniu gościł w Chinach, gdzie obiecał przyjeżdżać przynajmniej raz w roku, a w kwietniu Donald Trump przyjmował go z wielkimi honorami w Waszyngtonie, dając przywilej wystąpienia w amerykańskim Kongresie. Francja z zaledwie 2,5 proc. światowego PKB sama niewiele może globalnie zdziałać, szuka więc „dyplomatyczno-kulturowych” sposobów wpływania na światową politykę i monsieur Modus Vivendi jest w tym wyjątkowo sprawny. Łatwo budzi przyjaźń i sympatię światowych przywódców, także tych, którzy dla siebie są przeciwnikami, jak Xi Jinping i jego indyjski rywal Narendra Modi. Nawet Trump i Netanjahu nazywają go przyjacielem.

Emmanuel Macron uwolnił się od starych schematów i ideologii. Wniósł młodość i nadzieję oraz alternatywę dla rozprzestrzeniającego się populizmu, choć sam balansował na granicy populizmu. Błyskotliwy pragmatyk o proeuropejskich przekonaniach, który szuka zgody z wszystkimi, przywołując panteon wielkich filozofów, artystów, mężów stanu, sytuuje się ponad mainstreamowymi partiami, ponad kategoriami prawicy i lewicy. Woli polityczną akcję od programu, na ogół tak szczupłego jak jego ciasno skrojony garnitur lidera kreowanego na opatrznościowego męża stanu, na ostatni bastion obrony przed populistyczno-nacjonalistyczną rewoltą ze strony albo skrajnie prawicowej Marine Le Pen, albo ultralewicowego demagoga Jeana-Luca Mélenchona.

A zatem: albo narodowy populizm, albo demokratyczny heroizm, przekonuje ów dawny asystent filozofa Paula Ricoeura, któremu pomagał w pracy nad jego summą hermeneutyczną „Pamięć, historia, zapomnienie”. Ma więc świadomość syndromu „idealnej” niezgodności wolności i równości, czynnika liberalnego i socjalnego w praktyce demokracji, co wydaje się nie mieć znaczącej alternatywy we współczesnym świecie cywilizacji zachodniej. Ale walka toczy się o swój sposób rozumienia demokracji przeciwko demokracji innych. Zdobi ona programy coraz częściej rozdzielane barykadami, i trudno się temu dziwić, skoro zawiera takie propagandowe treści, które czynią ją orężem walki politycznej. Przeciwników może wszystko dzielić oprócz konkurencyjnych deklaracji demokratycznych wartości. A przecież demokracja sama w sobie nie ma monopolu na czynienie dobra. Jest pewną metodą kształtowania porządku społecznego i nie rozstrzyga jego treści w sposób jednoznacznie sprawiedliwy.




Coraz częściej pojawiają się obawy, że może okazać się za słabą formą rządów, aby opanować żywiołowy rozwój ludzkości, aby pogodzić wolność z równością, naczelne idee demokratycznego światopoglądu. Wszystko to zapewne jest ważne, ale demokracja jest czymś więcej niż tylko formą rządów, kategorią polityki. Jest także – a może przede wszystkim – formą wspólnoty życia, ustawicznym poszukiwaniem harmonii między państwem a obywatelem, bez czego godność osoby ludzkiej wydaje się mocno zagrożona.

Prezydent Macron to europejski federalista, który unika słowa „federacja”. Lecz jego katalog propozycji reform instytucjonalnych, fiskalnych i wyborczych zmierza do Europy federalistycznej, dysponującej atrybutami suwerenności. Już nie wspiera go w tym osłabiona politycznie Merkel, ale w czerwcu wspólnie przedstawią kompromisową mapę drogową dla Europy, zanim dawną fenicką księżniczkę porwie współczesny demon rozkładu i uwięzi w okowach zgubnej niemocy.

Leszek Turkiewicz