Leonardo w Paryżu

Leonardo w Paryżu

Artykuł wprowadzono: 11 stycznia 2020




Luwr prezentuje wystawę Leonardo da Vinci zorganizowaną z okazji 500. rocznicy śmierci artysty. Intensywnie reklamowane wydarzenie przyciąga tłumy, ale też rozczarowuje.

Na zwiedzających w salach Luwru oczekuje ponad 100 renesansowych dzieł – od niewielkich rysunków po monumentalne malowidła. 10 lat przygotowań pozwoliło organizatorom zebrać największą kolekcję prac Leonarda kiedykolwiek eksponowanych w jednym miejscu. Ale efekt jest pod wieloma względami rozczarowujący.

Pierwszym problemem okazuje się zdobycie biletu na wystawę. Zgodnie z nową polityką Luwru wejście do muzeum możliwe jest jedynie po uprzedniej rezerwacji przez internet (co doprowadziło do pojawienia się pod piramidą niezwykle nachalnych koników). Ale bilety na wystawę znikały momentalnie – jeszcze przed otwarciem sprzedano ich 220 tys., a obecnie nie są już w ogóle dostępne. W efekcie strona Luwru przez pierwsze dni nie była w stanie obsłużyć wygenerowanego ruchu i proces zakupu biletu trwał kilkadziesiąt… minut.

Wystawa jest więc ofiarą swego sukcesu, co widać również w salach muzeum, gdzie panuje ogromny ścisk. Dodatkowym utrudnieniem jest słabe oświetlenie. Półmrok niewątpliwie ma na celu ochronę kilkusetletnich dzieł, niemniej oglądanie maleńkich rysunków – a takich na wystawie jest wiele – przy marnym świetle (i w tłumie tak gęstym, że trudno się zbliżyć do oglądanej pracy) staje się męczące.

Rozczarowuje także sama wystawa. Prezentowane prace ułożone są w porządku chronologicznym i podzielone na sześć działów (1. Cień, światło, relief; 2. Wolność; 3. Nauka; 4. Życie; 5. Powrót do Florencji; 6. Wyjazd do Francji). Wystawie towarzyszy darmowy przewodnik rozdawany przy wejś­ciu, ale układ dzieł w zestawieniu z książeczką wprowadza niezrozumiały chaos. Zaprezentowane prace ponumerowane są od 1 do 179, ale numeracja w przewodniku… nie odpowiada temu, co widzimy na wystawie. Trudno zrozumieć, skąd wziął się ten chaos – czemu dzieł w książeczce nie uporządkowano w takiej kolejności jak na wystawie lub na wystawie nie powieszono według przewodnika? I przede wszystkim, w jaki sposób organizatorzy wyobrażali sobie oglądanie wystawy z towarzyszącym jej w założeniu przewodnikiem – zwiedzający ma stawać przed każdym dziełem i wertować książeczkę w poszukiwaniu opisu czy też poruszać się zgodnie z numeracją z książeczki i w kłębiącym się tłumie kluczyć od lewej do prawej, wypatrując kolejnych dzieł?

Dobór dzieł również może rozczarowywać. Na wystawie zaprezentowano 179 obiektów, z czego 144 autorstwa Leonarda da Vinci. To ciągle, zgodnie z zapowiedziami organizatorów, największa kolekcja prac artysty, ale przy przyjrzeniu się ekspozycji statystyka ta wypada mniej imponująco. Sześć prac pochodzi z atelier Leonarda (co oznacza, że to praca wykonana w mniejszym lub większym stopniu przez uczniów mistrza), 40 to rysunki lub traktaty naukowe, niewątpliwie interesujące, ale będące niezbyt wdzięcznym obiektem wystawienniczym, bo widz może obejrzeć jedynie szczątkowy ich fragment. Wśród naukowych prac Leonarda zaprezentowano słynnego Człowieka witruwiańskiego. Jest zaskakujące, jak skromnie został umieszczony w rogu sali, choć i tak okupuje go tłum… ze smartfonami w ręku. W efekcie zamiast kultowego rysunku oglądamy kolejne modele telefonów. Co więcej, ze względów technicznych ten właśnie rysunek, podobnie jak kilka innych prac, ma być prezentowany jedynie przez osiem tygodni. Część widzów nie będzie miała więc okazji go obejrzeć.

Wśród przywołanych 144 prac Leonarda znajduje się również… 14 zdjęć wykonanych w podczerwieni. Nie tylko nie można więc mówić o oryginalnych dziełach, ale przede wszystkim momentami trudno zrozumieć zamysł organizatorów. O ile zestawienie dzieła ze zdjęciem ma sens, bo pozwala nam dostrzec szczegóły niezauważalne gołym okiem, o tyle w niektórych przypadkach oryginał jest oddalony od zdjęcia (np. znajduje się w innej sali), co uniemożliwia bezpoś­rednie porównanie. Zaś w kilku przypadkach widzom zaprezentowano tylko i wyłącznie zdjęcie (m.in. Damy z łasiczką), co pozwala podejrzewać, że dla organizatorów był to sposób na pokazanie prac, których nie udało im się pozyskać. Niemniej sens takiego działania jest co najmniej dyskusyjny, bowiem zwiedzający przychodzą do muzeum oglądać oryginalne dzieła, nie zaś wyrwane z kontekstu zdjęcia. Koniec końców na 179 zaprezentowanych dzieł 130 to oryginały Leonarda, ale w ogromnej większości będące niewielkimi rysunkami przedstawiającymi np. detale strojów czy anatomii.

Obrazów mistrza zaprezentowano więc zaledwie kilka. Jak wyjaśnia dyrekcja Luwru, wystawę zbudowano wokół pięciu ważnych dzieł Leonarda, będących w kolekcji muzeum, w tym Mona Lizy, ale… słynnego portretu próżno szukać wśród pokazywanych prac, gdyż pozostał na swym zwyczajowym miejscu w stałej ekspozycji. W jaki sposób nieobecna na wystawie Mona Liza miałaby być jednym z jej filarów?

W efekcie większość najciekawszych prac, które możemy oglądać, wcale nie jest autorstwa Leonarda. Co więcej, zestawienia te nie zawsze działają na korzyść da Vinci – np. w jednej z sal zaprezentowano niedokończonego Świętego Hieronima artysty, kilka portretów (z czego tylko jeden Leonarda) i kilka rysunków. Ze wszystkich tych prac zdecydowanie najlepszy jest… Kondotier Antonella da Messiny. Podobnie jest w przypadku Bitwy pod Anghiari – oryginalny obraz Leonarda zaginął, na wystawie zaprezentowano więc jedynie kilka rysunków przygotowawczych. I choć niewątpliwie są interesujące, gasną zupełnie przy zestawionej z nimi rzeźbie (o tej samej tematyce i inspirowanej zagubionym obrazem) Giovanniego Francesci Rusticiego.

Obecność innych artystów jest zresztą chwilami trudna do zrozumienia. W wielu przypadkach chodzi oczywiście o twórców z epoki Leonarda, inspirujących się nim lub takich, którymi on się inspirował. W niektórych przypadkach ten związek jest jednak luźniejszy, wręcz wątpliwy (np. w przypadku portretu autorstwa Hansa Memlinga). Oczywiście część problemów można wyjaśnić trudnościami w zdobyciu dzieł mistrza, ale biorąc pod uwagę, że wydarzenie promowane jest jako wystawa monograficzna Leonarda da Vinci, zaskakująco wiele jest na niej elementów „obcych”.

Także wystawienniczo niektóre wybory organizatorów są dyskusyjne. Jednym z takich kontrowersyjnych przykładów jest namalowana na podstawie fresku da Vinci Ostatnia wieczerza Marca d’Oggione. Monumentalne płótno znajduje się w jednej sali z gablotami, w których umieszczono traktaty naukowe Leonarda – zwiedzający nie może się więc odsunąć na wystarczającą odległość, aby obejrzeć obraz w całości. Oglądanie go z bliska ma zaś niewielki sens, tym bardziej że umieszczono go na takiej wysokości, że na poziomie oczu widz ma przede wszystkim stopy Chrystusa i apostołów, niebędące – mówiąc oględnie – arcydziełem kunsztu malarskiego.

Ostatnim kontrowersyjnym elementem wystawy jest towarzyszący jej monumentalny katalog (ponad 450 stron w twardej oprawie) opublikowany jedynie po francusku. Jest wprawdzie zrozumiałe, że muzeum wybrało francuski jako podstawowy język publikacji – natomiast mniej zrozumiałe, czemu w ciągu 10 lat przygotowań i przy niewątpliwie ogromnym budżecie nie zdecydowano się na przetłumaczenie katalogu (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że według statystyk samego Luwru w 2018 roku muzeum odwiedziło ponad 10 mln zwiedzających, z czego większość – 7,4 mln – to cudzoziemcy).

Wystawa Leonardo da Vinci jest niewątpliwie interesująca, niemniej jednak wiele decyzji organizatorów pozostaje dyskusyjnych, a całość nie spełnia nadziei, jakie rozbudziła ogromna akcja promocyjna. Wystawa potrwa do 20 lutego 2020 r.

Magdalena Sawczuk


Najpopularniejsze

Zobacz także