Lazur południa – Paryski nie-co-dziennik

Lazur południa – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 7 marca 2020

Monet: Jak tu pięknie, jak jasno, jak cudnie płynąć w błękicie powietrza. Renoir: Tak, ziemia jest tu rajem – i naszym, i bogów. Ta ziemia to południe Francji: Cannet, Vence, Antibes, Saint-Tropez, Cagnes-sur-Mer… Lazurowe Wybrzeże malarzy, których uwiodło niespotykane gdzie indziej światło. Już od końca lutego można wędrować ich śladem, w ogóle nie ruszając się z Paryża. Wystarczy wejść do dawnej fabrycznej odlewni przy rue Saint-Maur przemienionej w Atelier Świateł, a tam przy użyciu najnowszej technologii cyfrowej prezentowana jest ekspozycja i spektakl jednocześnie 500 arcydzieł 20 malarzy – „Monet, Renoir… Chagall, ich podróże śródziemnomorskie”.

A zatem światła gasną, świetlistość rośnie, pęcznieją kolory farb pod słońcem Côte d’Azur. Matisse?… On ma słońce w brzuchu. Doprowadza do szaleństwa. Jest lepszy niż absynt – twierdzi Picasso, a Aragon dodaje: To szczęście XX-wiecznej sztuki, jego optymizm jest prezentem dla chorego świata, przykładem dla tych, co znaleźli upodobanie w udrękach. W 1941 roku Matisse otarł się o śmierć. Przeszedł ciężką operację nowotworu jelita. Wyjechał na południe Francji. Zostało mu 13 lat życia. Tam włożył całą energię, by na nowo rozbłysnąć radością życia. Między łóżkiem a inwalidzkim fotelem, między pokojem a atelier – rzucił się w wir pracy. Szukał nowej estetyki. To wtedy narodził się u niego kolaż i malowanie gwaszem. Wtedy znalazł takie światło, taką czystość koloru i prostotę linii, jakich od dawna szukał. Kilka lat poświęcił witrażom i wystrojowi kaplicy w Vence. Idzie przez to światło, przez te kolory. Idzie przez radość życia, przyjemność i rozkosz, bez których – jak podkreślał nie tylko prostotą swej kreski – nie ma nic. Nic! Taka jest jego „religia szczęścia”, którą osaczał i ścigał w związkach koloru i formy.

Idylliczne szczęście ścigał też Renoir. Cała jego twórczość to pochwała radości i urody życia. Mówi „tak” słońcu, muzyce, radosnej wrzawie. Obraz na sztaludze, przyznawał, musi być rzeczą radosną, przyjemną, ładną. Dość jest na świecie rzeczy smutnych, byśmy produkowali ich jeszcze więcej. Temu przesłaniu Renoir był wierny przez całą twórczość. Kokietował, że jeśli Bóg nie stworzyłby kobiecych piersi i pośladków, to w ogóle nie byłoby sensu zostawać malarzem. Nagość staje się dominującym motywem malarza, synonimem harmonii świata sytuowanego na granicy jawy i snu. Z wizualnej przyjemności zrobił fundamentalną zasadę swej sztuki. Nie znajdziemy u niego kobiety smutnej, rozgniewanej, starej czy brzydkiej. Wszystkie flirtują w niuansach lekkiej żółci, różu, błękitu. To hymn na cześć pochwały życia, to ujmujący uśmiech Arkadii, którą odnalazł na Południu. Najpierw spędzał w Prowansji zimy, a na kilkanaście ostatnich lat życia na stałe przeniósł się w gorący pejzaż Lazurowego Wybrzeża, najpierw do Cannes, a po kilku latach do Cagnes, niedaleko Antibes.

A dalej płynie świetlisty pejzaż Moneta, wyrafinowany, efemeryczny, ujmujący. Jego program artystyczny mieści się w jednym słowie: światło. To malarz światła, które stwarza idealny świat i idealny pejzaż. U niego życie jest wieczną niedzielą spędzaną nad wodą: miasteczka z romańskimi kościółkami, dywany polnych kwiatów, wysokie trawy, malownicze brzegi, tarasy, rzeki, morza… Jego świat płynie. Płyną też kunsztowne plamki Vlamincka, malarza anarchisty, co chciał płonących akademii sztuk pięknych i muzealnych ruin. Trzeba mi wielkiego oddechu i jeszcze większej przestrzeni daleko od Paryża – pisał, szczycąc się tym, że nigdy nie przekroczył progu żadnego muzeum.

Przyjemnie łudzi oko Pissarro, kolejny anarchista, urodzony na wyspach Saint Thomas (kiedyś duńskie Antyle, dziś Wyspy Dziewicze). Zlewają się kontury jego homogenicznej jasności przestrzeni, to wręcz komunia z żywiołem ziemi. Postacie wpisują się w pejzaż miękko i bez wysiłku. Ukazuje się arkadia, ale już ta Bonnarda – rozżarzona, rozpalona, rozgorączkowana. Gęstnieje tropikalnymi ogrodami. Postacie emanują lekkim, przyjemnym napięciem stwarzanym przez ciepłe światło. Percepcja tych obrazów odwołuje się do ulatującego marzenia, do napięcia między zjawianiem się i znikaniem. W końcu jest i Chagall. Zawierzył sennym marzeniom. Na Lazurowym Wybrzeżu powstały jego „Wielka parada”, „Mit Orfeusza”, „Upadek Ikara”. Styl nasycony czułą nostalgią, poetycki, nieco naiwny, o intensywnym kolorze, naruszający proporcje i prawa ciążenia. Ale… Ale czterdzieści minut minęło i światłość zgasła, a z nią ów lazur Południa.

Zapaliły się światła zatłoczonej betonowej hali fabrycznej. Wychodzę na ulicę Saint-Maur. Jak mrocznie, jak zimno, jak pochmurno. Uzbrojone patrole wojska – a w głowie wibrują jeszcze żółcie z Cannet, oranże, fiolety, błękity. I one znikną. Nie ma rady. Co najwyżej można posłuchać Bonnarda, który przekonywał, że absurdem jest chcieć wracać do przeszłości i na nowo ją zaczynać lub kopiować, że trzeba jak rzeka płynąć wciąż do morza, tam, gdzie załamuje się każdy pejzaż.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także