Ksiądz Plater, czyli… Zwycięstwo nad Historią

Ksiądz Plater, czyli… Zwycięstwo nad Historią

Artykuł wprowadzono: 27 stycznia 2019

Z Historią bywa różnie. Często niszczy ludzkie losy, czasami je jednak oszczędza. Istnieją też ludzie, którym nie tylko udaje się przejść zwycięsko przez zmagania z losem, ale sieją też jasność i dobro.

Zalicza się do nich ksiądz Eugeniusz Plater-Zyberk, który otrzymał w 2018 roku Nagrodę Specjalną Ambasadora Polski we Francji Tomasza Młynarskiego. Ksiądz Plater od lat 80. pozostaje w Paryżu symbolem miłości do kraju. Gdyby nie on, to członkowie „Solidarności”, których stan wojenny zastał we Francji bądź też wyszli z więzień, nie tylko nie mieliby gdzie się spotykać i działać, ale często po prostu nie mieliby z czego żyć. Ksiądz – jak się go wtedy nazywało, bo wiadomo było od razu, o kogo chodzi – stanowił w tamtych tragicznych czasach „ośrodek”, wokół którego koncentrowała się działalność opozycyjna i charytatywna. Jako pełnomocnik Episkopatu Polski i organizator pomocy dla polskiego podziemia okazał się wtedy, zresztą nie po raz pierwszy w swym życiu, dyskretnym bohaterem. – Wielcy ludzie nie muszą krzyczeć – powiedział ktoś.

Eugeniusz Maria hrabia Plater-Zyberk urodził się 26 stycznia 1936 r. w dobrach rodzinnych w Moszkowie niedaleko Sokala, w arystokratycznej rodzinie wywodzącej się z Kurlandii. Majątek jego ojca Jana składał się z pałacu i kilku wiosek. – Jestem dumny z moich przodków i z mego pochodzenia, ale dzisiaj nie odgrywa ono już żadnej roli – mówi. – Przynajmniej we Francji. W Polsce zaczyna może to być znowu istotne, ale nie utożsamiam się z tą tendencją. Wszyscy skądś pochodzimy. Na pytanie, czy pamięta dzieciństwo na Ukrainie, odpowiada: – Doskonale je pamiętam. Ale to nie była Ukraina, tylko Polska – obrusza się. Na początku wydawało się, że nic nie potrafi zmienić świata. Rodzina Platerów wychowywała dzieci w szacunku dla narodowej tradycji. – Rodzice zaszczepili we mnie patriotyzm – wspomina ksiądz Plater. – Ale przede wszystkim nas wychowali.

Na początku drugiej wojny światowej po okolicy krążyły opowieści o mordach na szlachcie i arystokracji. Wtedy zdarzyło się w życiu jego najbliższych coś tragicznego i niezwykłego zarazem, co przywróciło im nadzieję. – Ukraińcy przyszli do nas w nocy i chcieli zamordować ojca. Wyprowadzili go z pałacu do parku i wtedy jeden z nich powiedział: „Nie, ja nie chcę brać w tym udziału, ponieważ ten człowiek wstał nad ranem, żeby zawieźć moją żonę do szpitala, kiedy miała rodzić”. Wtedy pozostali pozwolili ojcu odejść. To nie był cud, nie odbieram tego w tych kategoriach, ale zwyciężyło człowieczeństwo.

Od tej chwili mieli już jednak ciągle uciekać – najpierw z majątku, potem z wywózki na Syberię, później, w 1945 roku, przed Armią Czerwoną z posiadłości koło Kielc, należącej do siostry babki księdza Marii Potockiej. Furmanką w trzaskający mróz dotarli do Niemiec. Podczas podróży mały Eugeniusz ledwo uszedł z życiem. – Myślę, że ojciec rzeczywiście bardziej obawiał się Sowietów aniżeli Niemców – wiadomo było, że Niemcy nie prześladowali zbytnio arystokracji, natomiast Sowieci ją niszczyli – mówi. W Bawarii ukrywali się w zamku zarekwirowanym przez SS, dzięki pomocy lokalnego księdza. Następnie Jan hr. Plater-Zyberk, przez jakiś czas tłumacz armii amerykańskiej, zdecydował się na wyjazd z rodziną do Francji.




– Wszystko stracił – mówi dziś jego syn. – Musiał zarabiać na nasze utrzymanie, a następnie ciężko się rozchorował. Domem zajmowała się moja mama. Wspaniała, nad wyraz dzielna osoba. Co zadecydowało o tym, że wybrał drogę powołania? – To pytanie, które wszyscy mi stawiają. Nie bardzo potrafię w pełni na nie odpowiedzieć – wyznaje. – Pierwszym powodem, dla którego zostałem księdzem, była chęć służenia Bogu. Być może bezpośrednią przyczyną było to, co przeżyłem podczas wojny światowej. Myślę o katordze Żydów i nie tylko. Ale z perspektywy czasu szuka się różnych przyczyn. Najważniejsza jest jednak zawsze miłość do Boga.

Studiował i doktoryzował się w słynnej Akademii Pontyfikalnej w Rzymie, gdzie w 1961 roku otrzymał święcenia kapłańskie. – Zawsze chciałem jednak powrócić do pracy duszpasterskiej, która dużo bardziej mnie interesowała – wspomina. W Rzymie brał udział w organizacji II soboru watykańskiego, gdzie zetknął się z biskupem Karolem Wojtyłą. Bardzo dobrze znał kardynała Wyszyńskiego. Od 1967 roku pracował jako wychowawca w Seminarium Polskim w Paryżu przy ulicy des Irlandais, które wydało ponad stu duchownych. Polska nigdy go nie opuszczała, mimo że wyjechał z niej jako ośmioletni chłopiec. – Jestem Polakiem, to dla mnie oczywiste, mimo że spędziłem całe życie we Francji. Dla mnie polski patriotyzm oznaczał zawsze wierność Polsce. Nie przyjąłem innego obywatelstwa, mimo że wielokrotnie mi to proponowano, dlatego że chciałem i chcę być wierny mojemu krajowi – mówi. W czasie stanu wojennego jeździł nad Wisłę z konwojami na dokumentach watykańskich, dzisiaj posługuje się polskim paszportem. W Polsce ma mnóstwo przyjaciół, w tym z pokolenia dawnych działaczy „Solidarności”. Sama spędziłam u Księdza jedną z „wojennych” Wigilii – to były czasy, kiedy jego ciepło i spokój rozgrzewały serca. Czy nie myślał o powrocie do ojczyz­ny? – Owszem, myślałem, ale byłem wtedy proboszczem w Saint-Valérien. We Francji jest bardzo mało księży, nie chciałem więc opuszczać parafian. Kto by mnie zastąpił?

Ksiądz Plater pozostawał zawsze gorącym zwolennikiem „Solidarności” i Lecha Wałęsy, który nadał mu order Polonia Restituta. Z bohatera narodowego Wałęsa stał się jednak postacią kontrowersyjną. – Dla mnie Wałęsa to człowiek, który zwyciężył komunizm. Potrafił pokazać światu, że zwykły robotnik nie musi być zależny od partii komunistycznej, że związek zawodowy jest związkiem wolnym. To wielkie zwycięstwo Wałęsy na skalę światową. Wiem, że obecnie jest bardzo krytykowany w Polsce ze względu na sprawę „Bolka”. Wiadomo, to jego wielki błąd, ale działo się to w latach 70.! Moim zdaniem z nawiązką odpracował swą winę.

W stanie wojennym ksiądz Plater był organizatorem akcji pomocy charytatywnej dla Polski. Założył we Francji ponad 360 komitetów pomocy, Dom Emigranta w Paryżu i stworzył specjalny fundusz stypendialny dla azylantów. Znad Sekwany wyruszyło kilkaset transportów; ksiądz sam woził lekarstwa dla chorych dzieci. – Opowiadałem o tym na spotkaniu w ambasadzie. Wszystko zawdzięczam mamie, która działała aktywnie w Stowarzyszeniu Świętego Wincentego w Paryżu. Powiedziała mi po ogłoszeniu stanu wojennego: „W Polsce ludzie nie mają co jeść, nie mają lekarstw, a ty siedzisz i nic nie robisz!”. To był początek. Z księdzem Platerem współpracowała wtedy m.in. żona Marka Edelmana, dr Alina Margolis. – Oboje już nie żyją. To była epoka wielkich zadań. I wspaniałych ludzi – mówi.

Ks. Eugeniusz Plater wciąż interesuje się wydarzeniami w Polsce. Niepokoi go upolitycznienie Kościoła. – To błąd – mówi. – Religia i polityka nie mają ze sobą nic wspólnego. Martwi go, kiedy dochodzą do niego głosy o postawie niektórych duchownych, bardziej zainteresowanych dobrami doczesnymi aniżeli duszpasterstwem. Wierzy jednak, że Kościół potrafi uporać się z tym problemem. Mieszka na niewielkiej parafii w Saint-Valérien, którą objął w 1986 roku, w dniu śmierci swojego brata. Jedna z jego dwóch żyjących sióstr przyjechała do Paryża na uroczystość w ambasadzie. Mało kto jednak wie, że ksiądz stanął przed kolejnym wyzwaniem. – Opiekuję się obecnie grupą młodych kobiet z Afryki, które nie mają z czego żyć. Pomagam im w załatwieniu dokumentów, co we Francji jest bardzo trudne, w znalezieniu mieszkania i pracy. Dzielę się z nimi pieniędzmi. Tak rozumiem ewangeliczną miłość bliźniego. Czy z dzisiejszej perspektywy pragnąłby zmienić coś w swoim życiu? – To pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć – zamyśla się nagle. Być może nad własną historią – człowieka, który nigdy nie pokłonił się Historii.

Joanna Orzechowska


Najpopularniejsze

Zobacz także