Konstelacje sztuki nowoczesnej – Paryski nie-co-dziennik

Konstelacje sztuki nowoczesnej – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 16 stycznia 2019

Ona nie musi być piękna, mądra, głęboka, ale – WOLNA. Nie podpatruje natury, tworzy estetyczną autonomię, nie narrację, a eksperyment, prymat oryginalnego konceptu, idei, języka.

Jej obiekty krążą na dwóch kondygnacjach Centrum Pompidou: na piątym piętrze dzieła artystów z lat 1905 – 1965, na czwartym – aktywnych po dziś dzień. Kolekcja stale się powiększa, liczy blisko 60 tys. prac, z których kilkaset tworzy swoisty gwiazdozbiór sztuki, który można podziwiać do 15 kwietnia. Później wyprze go inna konstelacja błądzącej nowoczesności.

Trudno nie pogubić się w tym labiryncie. Mijam kolejne -izmy: nowy realizm, nowy prymitywizm, fowizm, konstruktywizm, dadaizm, kubizm, surrealizm, abstrakcyjny ekspresjonizm… Ale: – Na początku była Dada – krzyczą prowokatorzy destrukcji sztuki, gwałcicieli obrazów, wyobraźni. Szydzą, kpią, złorzeczą. – Nie, to nie Dada jest absurdem, to nasza epoka jest absurdalna. Pustka, fałsz, rozkład ideałów. Sztuka jest martwa. Niech żyje Dada! Nowoczesność spod znaku TAK, co równa się NIE. Widać dadaistyczne kompozycje Picabii, wiecznie młodego dandysa, światowca, świętokradcy, błyskotliwego prestidigitatora, co szukał odwrotnej strony sztuki i jeśli coś traktował poważnie, to dlatego, że nic nie traktował poważnie. Dalej jest gwałt na ciele: zdeformowane korpusy na cienkich kończynach. To Jean Dubuffet, malarz katakumb, pierwotnych emocji, apologeta wykolejeńców, obrazoburców, wrogów muzeów. Inspirował się sztuką marginesu (art brut), twórczością chorych psychicznie, przestępców, dzieci. Dla jednych geniusz, prekursor nowej sztuki, dla innych szarlatan gryzmolący „błotnisto-gówniane bohomazy”.

Zmiana czasoprzestrzeni. Po obrazach orientuję się, że to grawitujące ku sobie orbity Joana Miró i Nicolasa de Staëla. Pierwszy tworzy fantastyczny świat malarskich poematów: pustka nocy, która nie jest odczuwana jak nieobecność, lecz jak bliskość absolutu. Świat inspirowany dziecięcą kreską. Wibrujące słońca, księżyce, plamy, kreski, znaki lekkie, znaki przestrzenne. Inna jest pustka de Staëla, co na granicy śmierci szukał harmonii. W złamanej bieli. Gdy ją nakładał nożem na płótno, morze stawało się czerwone, niebo żółte, plaża fioletowa. Czynił rytualne, destrukcyjne gesty, wierząc, że panuje nad demonami wyobraźni. Z chropowatej faktury płótna wydobywał niknące resztki rzeczywistości, niknące kontury butelek, cyprysów, aktów, morza, horyzontu, otwartych przestrzeni; aż się znalazł zbyt blisko słońca, no i za daleko od ziemi. Upadł jak Ikar, rzucając się z dachu pracowni, nie kończąc Koncertu, ostatniego obrazu swego krótkiego życia.




Brnę dalej. Natrafiam na Maxa Ernsta. Śni sny hipnotyczne, monstrualne. Surrealistyczne marzenie w pustynnym otoczeniu, spowite mgłą pod tropikalnym niebem. Świt zamknięty w swoim kokonie. Inne są marzenia Victora Braunera, utrzymane w nastroju koszmaru, gdzie obsesyjnie powracają dziwaczne twory wyobraźni. Pojawiają się Mondrian i Malewicz. Pierwszy schodzi w zaświaty abstrakcji szukać transcendentnej formy wobec natury w swych kompozycjach z czerwonym, żółtym, niebieskim jako kolorami czystymi i niekolorami: szarym, białym, czarnym. Drugi jest osadzony w tonacji zimnej bieli zastygłej w bieli cieplejszej przywołującej nieskończoność. „Słychać” malarstwo dźwięków Kandinsky’ego, jak rezonuje dekompozycją figur, harmonią formy, koloru, kadencji. Jest też malarstwo gestu Pollocka odwołujące się do kosmologii Indian; oraz Wolsa, którego intensywne plamki otoczone rozedrganymi barwnymi kreskami przygotowują teren taszyzmowi, a może i informelowi. Mijam Arpa, Légera, Picassa, Braque’a, Dongena, Delaunayów, Gonczarową, Kooninga… Stop! To on – Duchamp; ten, który doprowadził malarstwa do kresu, głosząc, że po nim już tylko zabawa w infantylne malowanki. Stał się wyzwaniem dla całej współczesnej sztuki i anty­sztuki, otwierając jej bezdroża tzw. ready-madesami, „przedmiotami codziennego użytku podniesionymi do rangi sztuki prostą decyzją artysty”, jak jego słynny, fabrycznie nowy pisuar, zatytułowany „Fontanna”.

Schodzę piętro niżej: minimalizm, konceptualizm, anty-formalizm, sztuka nowych technologii… Czy to są te malowanki? Dziś każdy może być artystą – przekonuje Beuys. Poniekąd świadczy o tym obecność kontynuatorów Duchampa – Laviera czy Kosutha. Obok repertuar geometrycznych form poskromionych matematycznym przymusem. Jasne czyste moduły o ciemnych obramowaniach przypominają kraty, obsesję współczesnej sztuki. Wchodzę na terytorium minimalizmu. Dzieła dążą do maksymalnego uproszczenia, wyeliminowania „autorskiego śladu”, jakby nie dotykała ich ręka artysty. Pokazują tylko to, czym są, nic więcej. Powierzchnia jest gładka, bez śladu modelowania, niczym gotowy produkt industrialny. Nie są wehikułem znaczenia, uczucia, duchowości, ukrytego sensu. Są precyzyjne, sterylne, puste.

Schodzę na ziemię. Na dziedzińcu Centrum Pompidou milczy mim, a kilku Latynosów gra na gitarach. Patrzę w niebo na banalne chmury tysiące razy opatrzone. Przypominają „orgię farb”, jak nazywał swe obrazy Yves Klein, które dopiero co oglądałem – serię śladów nagich ciał modelek pokrytych niebieską farbą, osławioną ultramaryną IKB (International Klein Blue). Odbicie pięknych, acz pustych już ciał w głębokiej tonacji błękitu. Tak – sztuka musi być WOLNA. Musi oczyszczać duszę z kosmicznego pyłu codzienności.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także

Copyright © iFrancja 2019