Kolekcja arcydzieł – Paryski nie-co-dziennik

Kolekcja arcydzieł – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 26 czerwca 2019



„Prawdziwy kolekcjoner to artysta chybiony, którego wartość określa artystyczna trafność zgromadzonych dzieł sztuki”. Emil Georg Bührle mawiał tak również o sobie, a zebrał jedną z najbardziej prestiżowych kolekcji na świecie. Wystawiono ją we Francji po raz pierwszy w ramach jednej ekspozycji w Musée Maillol Paris.

Urodzony w Niemczech, a osiadły w Zurychu Bührle, mając dobre relacje z paryskimi marszandami, no i pokaźny nadmiar gotówki, zebrał w latach 1951 – 1956 ok. 600 obrazów tworzących reprezentatywną panoramę sztuki francuskiej końca XIX i początku XX wieku. Na wystawę wybrano 60 arcydzieł: dzieła impresjonistów (Manet, Monet, Pissarro, Degas, Renoir), postimpresjonistów (Cézanne, Gauguin, van Gogh, Toulouse-Lautrec), nabistów (Bonnard, Vuillard), fowistów (Derain, Vlaminck), kubistów (Braque, Picasso) czy malarzy École de Paris z Modiglianim na czele.

Rozpoczyna Pissarro, według Cézanne’a „pierwszy z impresjonistów”, utopista i anarchista, co to odnalazł eden w podparyskim Eragny, pośród pól, łąk i pastwisk. Żył i tworzył w komunii z żywiołem ziemi, tak jakby jego ciało i umysł tylko na chwilę wyłoniły się z natury, której cząstką jesteśmy. I dzięki temu, że ta natura nas przekracza, i my możemy przekroczyć samego siebie. Nie ma u niego dramatycznych gestów, a jedynie homogeniczna jasność przestrzeni. Postacie wpisują się w pejzaż miękko, bez zbędnego wysiłku.
Dalej: tancerka Degasa, który prawie nie opuszczał Montmartre’u. Przez 60 lat obserwował kobiety z precyzją entomologa, rozbierał je kreską precyzyjną, lekką, finezyjną. Eksplorował ich cielesną dwoistość: przyjemność i cierpienie, siłę i kruchość. „Moje kobiety są jak zajmujące się sobą zwierzaki”. Dziwna postać w bohemie paryskich artystów. Dobrze urodzony, majętny, zjadliwy. Jego skłonność do szyderstwa, ponure usposobienie i antysemickie nastawienie odstraszały przyjaciół. Mizantrop uważany za pornografa i podglądacza. Nigdy się nie ożenił. Jego życie seksualne bywało przedmiotem kpin. „Jest miłość i jest malarstwo, a ja mam tylko jedno serce” – odpowiadał.
Pojemniejsze serce miał Toulouse-Lautrec. Też dobrze urodzony, syn hrabiego i hrabiny pochodzących z najstarszych arystokratycznych rodów Francji. Został artystą, kronikarzem półświatka, zżeranym przez absynt, syfilis, hulaszcze życie. Malował obrazy w rodzaju „Gruba Mańka lub Wenus z Montmartre’u”. Miał 152 cm wzrostu i… „Gdyby moje nogi były dłuższe, to nigdy nie zostałbym malarzem”. Z powodu choroby tkanki kostnej przez całe życie potrzebował laski. Kalectwo zwalczał autoironią, sarkazmem, wesołym usposobieniem.

Wirtuoz linii.
Jak Modigliani, jak Gauguin. Akty pierwszego to uosobienie mrocznego piękna. Styl natychmiast rozpoznawalny. Wydłużone twarze o niewidzących oczach, podłużnych, migdałowych, skrywających delikatność i zmysłowość zarazem. Portrety ikony. Czasami mają otwarte tylko jedno oko. Patrzą nim na świat, a drugim w siebie, jak komentował malarz. Twarze o oczach, co są maskami duszy, kryjącymi głębię bytu ujawnianą kreską, linią, kolorem. Ciała te, pozbawione alegorycznych czy literackich konotacji, grawitują trochę ku melancholii, trochę ku zimnych marmurom. „To, czego szukam – mawiał – nie jest ani rzeczywiste, ani nierzeczywiste. Jest nieświadome, to tajemnica instynktu”.

Akty Gauguina to z kolei wielki spektakl. Tak odległy od nadsekwańskiej codzienności jak Paryż od tropików mórz południowych. Spektakl o dalekich podróżach, tęsknocie za utraconym rajem, zaklinaniu niemożliwego w wielkie malarstwo: ciepłe, intensywne, wizyjne, naznaczone osobliwą symboliką i kolorem. Jego Tahitanki przypominają egipskie reliefy: są bezczasowe, zamknięte przez góry i morze. Odrzucił dekadencję i krępujący racjonalizm w podróży do kresu tropikalnej, halucynogennej nocy.

Kresu innej nocy – tej żółtej ciemności – sięgnął van Gogh zwabiony słońcem Prowansji. „Siewca o zachodzie słońca” to jedna z pereł wystawy. Zwiastuje tragedię: męczennik awangardy, zamknięty w cierpieniu geniusz, na poły malarz, na poły mnich, zaczyna popadać w urojenia i psychozę. Mrukliwy szaleniec, udręczony, odrzucony, z trudnym do wymówienia nazwiskiem, co skłoniło go do sygnowania obrazów tylko imieniem Vincent, które nosił po zmarłym bracie. Zostawił po sobie konwulsyjne pociągnięcia pędzlem: ślady pełgające, wijące, kręte. No i tę żółtą ciemność, akord końcowy naznaczony potęgą bytu.

Wystawę kończy Cézanne. „Największy malarz epoki, najbardziej zorientowany na przyszłość, dlatego zajmuje miejsce centralne w mojej kolekcji” – napisał Bührle. Chciał Paryż zachwycić jabłkiem. I zachwycił. Nie tylko martwą naturą z jabłkiem, a całą twórczością okrzykniętą objawieniem modernizmu. Krążył między Aix-en-Provence i Paryżem i ciągle na nowo powracał do motywów dzieciństwa: do kąpiących się postaci, do dominującej nad rodzinną okolicą góry Sainte-Victoire, której poświęcił kilkadziesiąt obrazów. Plany i tło się przenikają, zamazują, tylko światło zostaje.

Picasso – też bohater Bührlego – wymawiał nazwisko Cézanne’a z drżeniem w głosie; więcej: za przykładem mistrza z Aix wybrał nawet miejsce swojego pochówku z widokiem na Górę Zwycięstwa. Cóż – obaj zwyciężyli.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także