Czerń w Luwrze – Paryski nie-co-dziennik

Czerń w Luwrze – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 23 lutego 2020




Czerń! Czarna straż wszechrzeczy. Władcza, radykalna, nieprzenikniona. Od niej wszystko się zaczęło. Poprzedza światło, emituje jego promieniowanie, odbija je, pochłania. Bez niej niczego by nie było: ani natury, ani nas samych. Eksploracji czerni poświęcił twórczość jeden z najwybitniejszych współczesnych artystów Pierre Soulages. Malarz ten niedawno skończył sto lat. Z tej okazji paryski Luwr oddał mu hołd wyjątkową ekspozycją w prestiżowym Salonie Carré sąsiadującym z Galerią Apolla. Za życia tylko Chagall i Picasso mieli takie retrospektywy w Luwrze z okazji 90. urodzin.

Wystawa jest chronologiczna. Prezentuje osiem dekad twórczości francuskiego księcia ciemności: od lat 40. po wielkoformatowe obrazy namalowane w ostatnich miesiącach, które wieńczą ten wyjątkowy pokaz. Jego dzieło to konsekwentna abstrakcja. Artysta tytułuje swoje obrazy po prostu „Peinture” (Malarstwo) z podaniem wymiarów i dokładnej daty. Unika przynależności do grup i szkół artystycznych. Idzie własną drogą, co krotochwilnie określił „braniem malarstwa za rogi”, za czarne rogi. Na początku tej drogi nie ograniczał się do czerni – współgrały z nią tony niebieskie i czerwone, i całe gamy brązów. Malował wyciągiem z łupin orzecha, eksperymentował ze smołą. W końcu zafascynowany grą światła na zaczernionej powierzchni, lśniącej lub matowej, zredukował barwy tylko do czerni, której niemal wyłącznie się poświęcił od końca lat 70., od obrazu zatytułowanego „Malarstwo 162 x127 cm, 14 kwietnia 1979”. Wtedy zaczął długi, bo trwający do dziś okres eksploracji czerni, nazwany przez niego neologizmem – „Outrenoir”, w reakcji na „czerń świetlistą”, optyczną iluzję. Termin można tłumaczyć jako „za-czerń”, nad-czerń, „ponad-czerń”, jako coś, co będąc poza nią, poniekąd ją konstytuuje.

Pierre Soulages urodził się 24 grudnia 1919 roku w Rodez koło Tuluzy. W tych stronach jego nazwisko znaczyło „ruchliwe słońce”. Miał pięć lat, jak zmarł mu ojciec, wytwórca powozów konnych. Wychowywały go dwie kobiety: matka i o 15 lat starsza siostra. Od dziecka lubił się ubierać na czarno, co matka strofowała, że przedwcześnie nosi po niej żałobę. Mając 12 lat, doznał w opactwie Saint-Foy estetycznego olśnienia, co przyczyniło się do tego, że zaczął malować. Pół wieku później wykonał tam czarno-białe witraże, które stały się wizytówką kościoła. Po wojnie związał się z Hartungiem i Picabią, zaprzyjaźnił z Rothko. Byli i tacy, co pokpiwali z jego artystycznej wielkości, uznając, że i owszem, jest on wielki, skoro ma 190 cm wzrostu. Nestor informelu mieszka i tworzy swe królestwo czerni w Paryżu i Sète nad Morzem Śródziemnym, w Rodez ma efektowne muzeum, a wystawia na całym świecie.

Czerń! Przeciwieństwo światła, najciemniejsza z barw, kolor początku nazywany „niezrozumianym kolorem”. Jego symbolika w różnych kulturach bywa inna: w Japonii to kolor szlachetności, w Chinach – szczęścia, u Indian – życia, a u nas – żałoby i śmierci, ale też elegancji, luksusu, tajemniczości. Wraz ze światłem wywołuje w mózgu psychiczne wrażenie całego spektrum kolorów. Fetysz Soulages’a, nakładany szpachlą lub szerokim pędzlem na powierzchnię płótna. Materia twórczości wielkiej figury malarstwa niefiguratywnego, używana przez artystę do wywoływania światła, tej nieuchwytnej efemerydy, która pozwala widzieć, determinuje naszą obecność w świecie, warunkuje związki z tym, co nas otacza. „Widzieć – to być częścią tego światła”.

Światło to wydaje się sączyć, zastygać, wypryskiwać z czarnej substancji jego obrazów. Efekty te wzmaga ich bruzdowata faktura. I nie chodzi tu tylko o światło odtwarzane na obrazie, ale o to przed obrazem, światło otoczenia, które odbite od grubej warstwy farby zmienia się, czasem delikatnie, subtelnie, czasem feerycznie, widowiskowo. Gdy się widz poruszy, widzi coś innego. To on, patrząc na obraz, daje mu życie, staje się jego częścią. Dzieła Soulages’a nie komunikują żadnego sensu, ich sens konstruuje widz poprzez filtr swych emocji i myśli.

Obrazy te tworzą rodzaj poliptyków, ich chropowate rytmiczne partie łączą się w niespokojną lub harmonijną całość. Inne są monochromatyczne, matowe, lśniące, wibrują niczym ciemny horyzont w doskonałej równowadze. Dalej pojawia się bardziej zróżnicowana faktura, poszarpane plamy, linie o spokojnym i niespokojnym profilu kontrastujące z matową lub lśniącą powierzchnią jak odblask nocnego morza, srebrnoszarego poranka, zapadającego wieczoru. Ich sędziwy, lecz krzepki autor pytany o plany odpowiada, że jego pragnieniem jest ciągle malować, iść na spotkanie czerni i szukać w niej światła. „To, co zostało mi do zrobienia, wydaje się bardzo rozległe”.

Dlaczego światło jest nam witalnie tak bliskie? Jeśli aż tak bardzo jesteśmy od niego zależni, to być może sami nosimy w sobie jego ślad – albo sami jesteśmy jakimiś świetlnymi Bytami, które na krótko oddaliły się od swej „za-czerni”, „ultra-czerni” czy innej „super-czerni”. Ta symfonia czerni ciągle trwa. Symfonia początku, ale czy na pewno końca?

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także