Cieślewicza fabryka obrazów – Paryski nie-co-dziennik

Cieślewicza fabryka obrazów – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 1 września 2018




– Moim marzeniem było robienie obrazów publicznych, żeby jak największa liczba ludzi mogła je zobaczyć. W związku z tym plakat – obraz uliczny – był dla mnie najważniejszy. Wejść w ulicę. Powiedzieć, przekazać, poinformować. Działać na maksimum wyobraźni – mawiał wybitny współtwórca polskiej szkoły plakatu, który we Francji zdobył światowe uznanie.

Musée des Arts Décoratifs przy Luwrze oddało hołd jednemu z największych grafików drugiej połowy XX wieku wielką retrospektywą: „Roman Cieślewicz – fabryka obrazów”.

Na paryskiej wystawie zaprezentowano ponad 700 prac artysty, choć sam Cieślewicz nie lubił określenia „artysta”. – Jestem rzemieślnikiem – powtarzał. Wolał, żeby myślano o nim jako o „twórcy obrazów z przekazem”. I takie one są: polityczne, kulturalne, komercyjne. Pokazano też jego archiwa mieszczące się w 350 tematycznie uporządkowanych pudłach wypełnionych wycinkami, fotografiami, szkicami, dokumentacją tematów z różnych dziedzin. Odtworzono jego podparyską pracownię w dawnym pokoju dozorcy. Całość podzielono na części przypominające najważniejsze etapy z twórczości Cieślewicza: „Polska”, „Pop Art”, „Kolaże”, „Kolaże scentrowane”, „Fotomontaże”, „Kamikaze”. Ten ostatni dział to tytuł zaprojektowanej przez niego gazety graficznej dla słynnej Grupy Panicznej. Należał do niej m.in. z Rolandem Toporem, z którym współtworzył inne pismo – „Kitsch”.

Kiedy mając 33 lata, Roman Cieślewicz (1930 – 1996) w 1963 roku wyemigrował z żoną, wybitną rzeźbiarką Aliną Szapocznikow do Paryża, był już w Polsce wziętym grafikiem, twórcą ponad 200 plakatów. W Paryżu znakomicie się odnalazł. Został szefem artystycznym tygodnika „Elle”, współpracował z magazynem „Vogue” oraz z Centrum Pompidou. – Talent jest rzeczą niematerialną. Moim zdaniem talent to przede wszystkim szczęście, ale zasadniczą rzeczą jest upór. We Francji mówią „uparty jak Bretończyk”, ja mówię „uparty jak lwowiak”. I ten z urodzenia lwowiak taki był. Wystawiał swoje prace na całym świecie, w takich świątyniach sztuki jak nowojorskie Museum of Modern Art czy Centre Pompidou. – Czułem się, jakbym trafił spod słomianej strzechy do Hollywood (…). Do Paryża wyjechałem przede wszystkim dlatego, że nie mogłem już w Polsce wytrzymać tego ogromnego opóźnienia technicznego i mentalnego w porównaniu z tym, co się dzieje na świecie. Francja jest centrum świata, a Paryż jest miejscem, które ludzi stymuluje. Połowę swojego 66-letniego życia spędził we Francji. W 1971 roku przyjął obywatelstwo francuskie.

Sugestywna wizja, nośne symbole, syntetyczny znak, poetycka metafora… Śmiech, szyderstwo, refleksja. No i ta metamorfoza fotograficznych skrawków rzeczywistości w oryginalne tworzywo własnej wizji świata – te i inne przymioty wyróżniają dzieło Cieślewicza. Wykorzystywał wizerunki znanych postaci i ikon popkultury, takich jak Che Guevara, Superman, Mona Lisa. Ta ostatnia w wersji „Mona Tse Tong” – połączenie twarzy Giocondy z torsem ubranym w chiński mundur oraz czapką z czerwoną gwiazdą na głowie – znajduje się na plakacie wystawy. Twierdził, że na jego wyobraźnię najsilniej wpłynęli Marcel Duchamp, Francis Picabia i Bruno Schulz, a także Bosch, Witkacy, Kafka, Majakowski, Rodczenko…




Cieślewicz to jeden z najbardziej odkrywczych grafików naszej epoki, mistrz całego pokolenia polskich i francuskich twórców plakatu. Jednym z nich jest znany w Paryżu plakacista Michał Batory, który również miał indywidualną wystawę w prestiżowym Musée des Arts Décoratifs przy Luwrze. W wywiadzie dla „Angory” („Następca Cieślewicza”) tak oto wspominał mistrza: „Zawsze chciałem go poznać i dzięki mojemu wujkowi, Andrzejowi Łapickiemu to się udało. Oni się znali. Kiedy wyjeżdżałem do Paryża, Andrzej Łapicki napisał do niego słowo, dzięki czemu poznałem mojego maître spirituel, za jakiego uważałem Cieślewicza. Był profesorem plakatu w najlepszej paryskiej szkole grafiki Penninghen. Spotkaliśmy się na kawie, pokazałem mu swoje prace, a on dał mi kilka wskazówek (…). Był konstruktywistą. Fotomontaż też pochodził od konstruktywistów. Cieślewicz był im bliski i miał ten lekki surrealizm, jaki i u mnie można zobaczyć. Kontynuacja? Nie wiem. Ale pewne powiązania są, jakaś kontynuacja, jakaś podobna myśl, no i ta fotografia, która nie jest detalem. Zawsze miałem tendencję iść w kierunku fotograficznego obrazu i fotomontażu, i pewnie dlatego byłem bliżej Cieślewicza…”.

Jan Lenica, inny mistrz plakatu, twierdził, że: Na wystawie czy w galerii sztuki plakaty przypominają egzotyczne ptaki przeniesione z dżungli do klatek ogrodu zoologicznego. Są piękne, ale smutne… 23 września ptaki Cieślewicza odlecą z paryskiego ogrodu Arts Décoratifs. – Bo w sztuce wszystko już było, więc nic w sztuce nie było – cokolwiek to znaczy tak przekonywała siebie i męża Alina Szapocznikow. Bo w tym „nic” zawsze tkwi dzieło nie do końca wybrzmiałe, więc i to „nic” dalej będziemy odmieniać przez czasów różne przypadki.

Leszek Turkiewicz