Ciemna strona miasta

Ciemna strona miasta

Artykuł wprowadzono: 15 września 2019



Paryski nie-co-dziennik

60 euro kary za zejście do podziemi, a 140 euro – na ślepe, zarośnięte tory. Ziemia niczyja, swoiste no man’s land, co wrzyna się blizną rdzewiejącego żelastwa w tkankę miasta. Inny świat, ale też Paryż, choć miejsc tych w przewodniku nie ma. „Mały pasek”, „paseczek”, „opaska” – La Petite Ceinture, czyli 32 kilometry porzuconych dróg kolejowych okrążających Miasto Świateł.

Dziecko peryferii drugiej połowy XIX wieku, których krótkie odcinki od 2007 roku przerabiane są na skwery zieleni i aleje dla pieszych. Tego lata otwarto blisko 4 kilometry takich starych torowisk usytuowanych w wykopach poniżej poziomu ulic: w XII, XIV i XVI dzielnicy, oraz między ulicami Saussure i Alphonse de Neuville w XVII dzielnicy, nazywanej kiedyś „Małą Polską”.

Miejsca giną jak ludzie. Petite Ceinture – „mały wieniec” metropolii; ów „paseczek” umarł, zostawiając przebrzmiałe echo kruchości paryskich buntów, frywolność jego wypalonych miłości, impertynencję niedośnionych snów. Najpierw przewożono tylko towary szukające swego miejsca w witrynach sklepów, później zabrzmiał też blues pociągów wypełnionych ludźmi rano ziewającymi na myśl o pracy, a wieczorem o oczach błyszczących na myśl, co po pracy. W okresie swej dekadencji kusiła już tylko turystów wagonami ciągniętymi przez starą lokomotywę, aż w latach 70. XX wieku umarła na dobre. Ostatnią stację Belleville-Villette zamknięto w 1980 roku.

Amputowane kawałki torów ciągną się w głębokim wykopie, mijają zrujnowane stacje pokryte graffiti, wpadają w długie tunele pod całymi kwartałami miasta, czasem wychodzą na powierzchnię, przechodząc w nasyp przerywany wiaduktami; bywa, że błądzą między budynkami, zaglądając paryżanom do mieszkań. Porzucone niszczeją, niewidoczne dla przypadkowego przechodnia, który przechodzi (albo przejeżdża) nad lub pod nimi. Czarne kontury obcego, które kiedyś dokądś prowadziły, naznaczone dawno przeżytą radością, złością, krwią przedmieść, zgryzotą straconych okazji. Dziś transportują już tylko przejmującą ciszę, jakby miasto wokół nagle przestało istnieć. Ale i tu budzi się i więdnie życie, zwłaszcza tych, o których się mówi, że jedzą wprost z ręki Boga: społecznych wyrzutków, bezdomnych, kloszardów balansujących nad przepaścią ślepej, atawistycznej natury. Ich chrome sylwetki znikają w ciemnych tunelach, zdewastowanych ruinach, zakamarkach dawnych peronów. Kilometry żelaznej drogi oddzielają miasto od upadłego marginesu.

W latach 80. pojawiły się na tej drodze marginalne grupy punków, squattersów, gotyckiego rocka. Z czasem te undergroundowe subkultury okrzepły, stając się hermetyczną częścią bardziej oficjalnego kolorytu miasta. Obecnie komunikują się przez internet, spotykają w piwnicach, poufnych klubach, ezoterycznych butikach, ba, nawet w katakumbach, o których krążą legendy, że odbywają się w nich czarne msze skinheadów. Ale czy można się temu dziwić? Bo czyż mogą być miejsca bardziej undergroundowe, bardziej podziemne niż katakumby? Nad Sekwaną ich nie brakuje, labirynt podziemnych korytarzy, lochów, wyrobisk i tuneli ciągnie się setkami kilometrów. Wabi dreszczem doznań mocnych emocji. I wcale nie chodzi tu o oficjalne katakumby pod placem Denfert-Rochereau, atrakcję turystyczną, w których przechowuje się miliony starannie ułożonych szkieletów, lecz o nielegalne schodzenie w podziemia. Paryscy „katafile” – jak się ich nazywa – skrzykują się na swym forach i robią swoje. Ich najpopularniejsze trasy prowadzą do powojennego bunkru Luftwaffe w VI dzielnicy, do grobowca Philiberta Aspairta, stróża ze szpitala wojskowego Val-de-Grâce, który szukając wina, zgubił się pod ziemią, gdzie po odnalezieniu jego ciała został pochowany, albo na „plażę” usytuowaną pod ulicą Père-Corentin w XIV dzielnicy, niestety, bez oczka wodnego. Oczko wodne jest pod Operą Garnier – tajemnicze podziemne jeziorko, które zainspirowało Gastona Leroux do napisania „Upiora w operze”.

Paryż leży na ogromnych formacjach wapiennych, z których przez stulecia wydobywano materiał budowlany, kopiąc coraz szerzej i głębiej. To z niego powstał m.in. Luwr i Notre Dame. Z czasem otwarte kamieniołomy zamieniły się w podziemne tunele, sieć pieczar, kanały, krypty, zbiorniki wodne, w długie, pokręcone wnętrzności miasta, w końcu w zakazany świat katakumb skrywający szczątki milionów paryżan. Od 1955 roku wstęp do kamieniołomów jest zabroniony. Władze pozamykały większość wejść, a tunele zaczęła patrolować specjalna jednostka policji. Lecz „katafilów” nie udało się wyeliminować. To na ogół młodzi ludzie poszukujący anarchicznej wolności. Doświadczają jej w miejscach ukrytych przed wzrokiem profanów, gdzie imprezują, zażywają narkotyki, tworzą deliryczną sztukę murali pośród krypt pełnych czaszek i kości. Oczywiście działają na granicy prawa, co wzmacnia doznania. Nie organizują się w struktury, łączy ich tajemna przygoda eksploracji mrocznych podziemi.

Grandes-Carrières – „wielkie kamieniołomy” – to dzielnica u podnóża Montmartre’u. Rozglądam się. Tu musi być jakieś tajne wejście do pieczary archaicznej wolności. Oczami wyobraźni już tam jestem, przemierzam kolejne wyrobiska. Ale – dość! Ciało się buntuje. Za stare? Chyba woli inną wolność.

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także