Apollinaire, kwatera 86 – Paryski nie-co-dziennik

Apollinaire, kwatera 86 – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 30 października 2018




Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana i niejedna miłość. I niech płynie, niech ani czas nie wraca, ani miłość pożegnana. Ja zostaję, to i radość wróci…

Jednak pewnego dnia radość już nie wróciła. Zamiast niej przyszła smutniejsza pani, ba, tragicznie, a nawet makabrycznie wręcz upiorna, której nie da się ani uniknąć, ani uwieść, ani porzucić. Zawsze jest blisko nas, dzieli nas od niej tylko życie, rzecz najkruchsza na świecie. Życie, ta podróż ulotna na chwilę wytrącona z wieczności. Apollinaire’a trwało 38 lat. Zmarł dokładnie sto lat temu zabity epidemią grypy hiszpanki.

Do końca z dumą podkreślał swoje polskie pochodzenie, twierdząc, że w literaturze światowej jest trzech wielkich Polaków: Conrad, piszący po angielsku, Przybyszewski – po niemiecku, i on – po francusku. Został pochowany na Père-Lachaise, najpiękniejszej nekropolii Paryża, swoistego top zaświatów dorównującego popularnością wieży Eiffla. Rozległe wzgórze kryjące urokliwe zakamarki, kilometry alejek, marmurowe kolumny, galerie rzeźb, stare kapliczki, smukłe cyprysy, między którymi przechodnie – żywi jeszcze – poszukują sławnych duchów, jak Szopena (kwatera 11), Modiglianiego (kwatera 96), Piaf (kwatera 97) czy Morrisona (kwatera nr 6). W tegoroczne Święto Zmarłych zapalę znicz, choć nie ma tu takiego zwyczaju, przy nieociosanym kamieniu górującym nad grobem autora „Zamordowanego poety”, „Alkoholi”, no i… No i pijesz ten alkohol palący jak życie. Życie inspirującej, przywódczej, centralnej postaci swojej epoki, emblematycznej dla rewolucji estetycznej, która zrodziła sztukę nowoczesną. O Apollinairze śpiewali Montand i Brassens, opiewał go Ginsberg, intrygująco portretował Chirico.

Guillaume Albert Vladimir Alexandre Apollinaire de Kostrowicki z pierwszego i ostatniego imienia utworzył pseudonim, pod jakim poznał go świat. Urodził się w 1880 roku w Rzymie. Jego matka, polska szlachcianka, piękna awanturnica i równie namiętna hazardzistka, bywalczyni kasyna w Monte Carlo, nigdy nie wyjawiła, kto jest ojcem Guillaume’a. Dzieciństwo i młodość spędził w Monako, Cannes i Nicei. Mając 20 lat, osiadł w Paryżu. Naznaczył całą generację artystów Montparnasse’u. Jego awangardowa poezja, wrażliwość i nienasycona ciekawość uczyniły z niego odkrywcę i animatora nowego typu ekspresji artystycznej, jakiego nie znano od czasów Baudelaire’a – twierdził Breton. Związał się z fowistami, sympatyzował z kubistami, torował drogę surrealizmowi (wymyślił ten termin), wędrował drogami orfizmu. Fascynował się sztuką afrykańską, ale i kulturą popularną, plakatem, teatrem, cyrkiem, kinem, fotografią. Założył pismo „Wieczory Paryskie”, a razem z Alfredem Jarrym i André Salomonem – „Ucztę Ezopa”. Pisał kroniki i krytyki do innych najważniejszych magazynów artystycznych. Przejawiał upodobania do groteski, absurdu, kpiny, ale był uosobieniem liryzmu, choć uparty i porywczy – wolny umysł o żarłocznym apetycie na życie.

Hrabia Kostrowicki vel Apollinaire kolekcjonował artystyczne przyjaźnie. Alfabetycznie: Arp, Braque, Cézanne, Delaunay… Niealfabetycznie: Rousseau, Léger, Chagall, Matisse… Przyjaźnił się z różnymi ekscentrykami, jak anarchista Vlaminck, wolny duchem samotnik, buntownik i prowokator. Jak intelektualista Duchamp, który stał się wyzwaniem dla całej sztuki i antysztuki współczesnej, otwierając jej bezdroża „przedmiotami codziennego użytku podniesionymi do rangi sztuki prostą decyzją artysty”, w rodzaju słynnego pisuaru zatytułowanego „Fontanna”. Czy jak wiecznie młody dandys, światowiec i świętokradca Picabia, błyskotliwy i cyniczny prestidigitator, co szukał odwrotnej strony sztuki i jeśli coś traktował poważnie, to tylko dlatego, że niczego nie traktował poważnie. Albo jak Picasso, co niczym król Midas, czegokolwiek dotknął, zamieniał w złoto, z którym łączyła go przyjaźń zarówno artystyczna, jak i osobista. Byli świadkami na swych ślubach, komplementowali się, podzielali gusta, zwłaszcza ów smak erotyzmu, oczywiście nie tylko w sztuce.




To przez Picassa Apollinaire poznał jedną ze swych kochanek, malarkę Marie Laurencien, kiedy leczył się z nieszczęśliwej miłości do Anny Playden, angielskiej guwernantki. Po Marie była ognista arystokratka Lou, czyli Louise de Coligny-Châtillon. Obaj w swej twórczości czerpali z seksualności. Hiszpan pędzlem przekonywał, że każda sztuka podszyta jest erotyką, a polski Francuz czynił to piórem, m.in. w powieści erotycznej (dla niektórych pornograficznej) „Jedenaście tysięcy pałek” czy w poetyckiej prozie „Gnijący czarodziej” o trudnych relacjach kobiety i mężczyzny. Wydał też antologię dzieł erotycznych „Mistrzowie miłości”, ilustrowaną przez innego przyjaciela – fowistę Deraina. Z okopów pierwszej wojny światowej, służąc w Legii Cudzoziemskiej, wysyłał miłosne wyznania do Made­leine Pagès, do czasu, aż został ranny w głowę po wybuchu granatu i przeniesiony do rezerwy. Ostatnie miesiące życia to kolejna miłość i małżeństwo z piękną rudowłosą Jacqueline Kolb i… koniec. Jeszcze tylko krótkie „Pożegnanie” się poety, już bez zbędnych znaków przestankowych: Jesień martwe wspomnienie/Pamiętaj że czekam na ciebie Kwatera 86.

Leszek Turkiewicz