Anarchista ze „Statku pralni” – Paryski nie-co-dziennik

Anarchista ze „Statku pralni” – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 7 lipca 2018

Montmartre – dla wielu serce Paryża. Latem bije szybciej, mocniej, okazalej. Na ogół w rytmie ochów i achów przelewającej się fali turystów uwiedzionych legendą bohemy, labiryntem brukowanych ulic, światłem starych latarni.

Na niebie bieli się kopuła bazyliki Sacré-Coeur wzniesiona dla odkupienia upadku ducha, a na ziemi wije uliczka Cortot. Pod numerem 12. kobieta w „płonących kolorach” o nabrzmiałych czerwienią ustach i oczach obramowanych czernią zaprasza do Musée de Montmartre na wystawę „Van Dongen i artyści z Bateau-Lavoir”.

Kobieta – najpiękniejszy pejzaż, przekonywał van Dongen, fowista, anarchista, światowiec. Malował ich setki: od towarzyszki Picassa Fernandy Olivier (ta w „płonących kolorach”), po kochankę Gabriela d’Annunzia, markizę Luisę Casati albo Brigitte Bardot, niegdyś bożyszcze męskich tłumów. Kees van Dongen przygodę ze sztuką zaczynał w Zandstraat, gorącej dzielnicy Rotterdamu, portretując nocne życie bachantek. Z tego okresu pochodzi jego emblematyczny obraz „Srokata chimera”, daleki potomek Pegaza, istota hybrydyczna, subtelna i monstrualna zarazem, która porwała holenderskiego malarza do Paryża. Osiadł na Montmartrze, wtapiając się w całą tę menażerię Utrillów, Modiglianich czy Picassów. Ten ostatni nazywał go „Kropotkinem z Bateau-Lavoir”.




Bateau-Lavoir był niczym falanster malarzy albo paryska Villa Medicis, kilka kroków od muzeum Montmartre’u. Odegrał ważną rolę w narodzinach nowoczesnej sztuki, wolnej, antyakademickiej, sztuki o rewolucyjnym duchu, otwierającej nowy jej wiek z fowizmem i kubizmem na czele. Tu Picasso poznał Matisse’a, Braque’a, Deraina, no i van Dongena, tu namalował najsłynniejszy obraz XX wieku „Panny z Awinionu” zwany „Filozoficznym burdelem”, tu spędził „okres błękitny” pełen biedy i „okres różowy” pełen nadziei po poznaniu pięknej Fernandy, która odmieniła jego życie i sztukę. Bateau-Lavoir („Statek pralnia”) na placu Emile Goudeau (dawny placyk Ravignan 13) był drewnianym barakiem podzielonym na 30 atelier z jednym ujęciem wody, bez prądu i gazu. Picasso ochrzcił go „Domem Trapera”, ale Maxowi Jacobowi przypominał łódź, na której praczki prały bieliznę nad Sekwaną, i to jego nazwa – „Statek pralnia” – obiegła świat. Pobyt tam Dongena wywarł wpływ na całą jego twórczość, co jest tematem paryskiej wystawy.

Van Dongen był fowistą, ale to malarstwo instynktu szybko się zmarginalizowało, więc zaczął szukać nowej sceny dla swej twórczej wolności, stając się jednym z głównych animatorów kosmopolitycznej awangardy. Podczas nieobecności pierwszej żony Guus (wyjechała na czas wojny z ich córką Dolly do Holandii) związał się z kobietą o wyjątkowym apetycie na luksus i zabawę. To Jasmy Léa, zwana Jasmy la Divine (Boska) albo Jasmy la Terrifiante (Przerażająca). Została jego modelką, kochanką, drugą żoną. Przenieśli się do nowego atelier w Villa Saïd, niedaleko Lasku Bulońskiego, gdzie organizowali słynne na cały Paryż bale i wystawy. Villa stała się ich miejscem pracy, życia i przyjemności, miejscem prywatnym i publicznym jednocześnie. Jej ściany drżały fokstrotem i tangiem, dźwigając monumentalnej wielkości akty, bo gospodarz nie lubił obrazów, które można wziąć pod pachę.

Z czasem van Dongen przeprowadził się do luksusowego apartamentu przy ulicy Juliette Lamber 5, obok placu Wagram, gdzie przyjmował coraz bardziej nobliwych gości: ministrów, finansistów, pisarzy, artystów, wielkich krawców. Organizował dla nich przyjęcia i wernisaże, które były promocją jego twórczości. W tym automarketingu używał strategii epatowania sobą, kontrolowanej prowokacji i skandalu. Został swoim marszandem i wziętym portrecistą paryskich elit. Cała socjeta zamawiała u niego obrazy, więc stał się malarzem luksusu i elegancji, ale przede wszystkim kobiecej zmysłowości, która zawsze go pociągała. Na początku kariery za jego paletą podążał tylko półświatek, później cały nobliwy światek. Stworzył archetyp kobiety władczej, marmurowo pięknej, świadomej erotycznej siły.

Malarz doczekał złotej starości w Monaco, gdzie zamieszkał z trzecią żoną Marie-Clair w willi, którą nazwał – jakżeby inaczej – Bateau-Lavoir, by przypominała lata, kiedy dopiero zaczynał oswajać „Srokatą chimerę”. Gdy ją w końcu oswoił, skonstatował odkrywczo: To życie jest najpiękniejszym obrazem, reszta to najwyżej dobre malarstwo, piękne kłamstwo, które zaczyna się tam, gdzie kończy natura i rozum (…). Świat to wielki ogród, pełen kwiatów i złych traw. Przyjemnością i powabem naszej epoki jest wszystko wymieszać, połączyć, poplątać. Wspaniały czas cocktailu.

W muzeum Montmartre’u obok obrazów zrekonstruowano bar z butelkami przypominającymi zielonookie kochanki o spojrzeniu zniewalającego absyntu. Jest tam termometr Pocharda wskazujący na 6-stopniowej skali kolejne grymasy twarzy, stanu alkoholowego upojenia: jeszcze trzeźwy, rozweselony, podchmielony, podpity, pijany, martwy. Van Dongen zmarł, mając 91 lat, dokładnie pół wieku temu. Jego osieroconą „Chimerą” zaopiekowało się Muzeum w Monako. Do dziś stroszy się tam na uskrzydlonego Pegaza.

Leszek Turkiewicz