X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Intymność (Paryski nie-co-dziennik) – Tygodnik Angora

Intymność (Paryski nie-co-dziennik) – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 7 marca 2015

Tu i ówdzie słychać już gwarny chichot wiosny. Wieczne młodości powroty. Kasztany puściły młode pędy, a płaczliwe wierzby przestały się mazać i jakby radośniej pożółkły. Słońce ożywia, intymność odważniej odsłania swe wdzięki. Nad Sekwaną Dzień Kobiet zbiega się z Dniem Wiosny Poetów, a więc zaroiło się od piękno-zuchwałych duchów, ich spotkań, spektakli, wieczorów poetyckich.


Sztuka słowa jest ważna, ale sztuka pędzla ważniejsza i jeśli chce się zrobić bardziej uwodzące wrażenie, należy orientować się w najnowszych wystawach. Nie jest to trudne, bo największe są intensywnie reklamowane w metrze. – Il y a une super expo au musée Marmottan – słyszę. – „Naissance de l’intime” (Jest super expo… „Narodziny intymności”). Idziesz? Idę.

W muzeum Marmottan Monet przy Ogrodach Ranelagh wyeksponowano (do 5 lipca) różne wizje intymności: od renesansu po współczesność. Kobieta przy mokrej lub suchej toalecie, w kąpieli, ogrodzie, operze, burdelu, w kosmicznym ujęciu NASA, otoczona służbą, muzykantami, kwiatami, pruderyjna i rozwiązła, skromna, bez upiększeń lub zmieniająca się w modelkę o perfekcyjnym makijażu. Tajemna ablucja ciała, libertyńska pokusa, hedonizm i modernizm. Wystawiono około setki dzieł – malarstwo, rysunek, rzeźba, tkanina, grawiura, fotografia – kilkunastu artystów.

Jak Manet, autor obrazoburczej „Olimpii”, jednego z najgłośniejszych skandali w historii sztuki, obrazu wzorowanego na „Wenus z Urbino” Tycjana. Zamiast bogini przedstawił paryską prostytutkę czekającą na klienta, zupełnie nagą, jeśli nie liczyć czarnej wstążki na szyi i bransoletki na ręku. U jej stóp umieścił czarnego kota, przywołującego sataniczne asocjacje i dwuznaczność seksu. Kobiety otoczone złą sławą malował jako marzycielki, melancholiczki, nieprzeniknione sfinksy pudrujące się w negliżu, obmywające w miednicy, raczące kieliszkiem wódki.

Jak Degas, Bonnard, Toulouse-Lautrec. Ten ostatni, artysta półświatka, hrabia zżerany przez absynt, syfilis i hulaszcze życie pomieszkiwał w domach publicznych, gdzie stołował się i miał atelier. Pociągały go „domy tolerancji”, jak świat cyganerii, kabarety, nocne lokale nachodzone przez policję obyczajową. Był kronikarzem życia tego półświatka utrwalanego na obrazach. Również Degas, kojarzony z baletnicami, obserwował kobiety. Robił to z precyzją entomologa, rozbierał je kreską precyzyjną, lekką, finezyjną, tworząc z nagości spektakl napięcia między pięknem a brzydotą. Akt był fundamentalną częścią jego dzieła. Przedstawiał go bez cienia hedonizmu. Nie uwodził oka. Eksplorował dwoistość cielesnej nagości: przyjemność i cierpienie, siłę i kruchość, pożądanie i wstręt. Malował kąpiące się, myjące, suszące, czeszące, śpiące. Zdzierał maski, zamazywał twarze. Malarz fragmentaryczności. Stosowana przez niego maniera ciasnego kadru zapowiadała współczesną fotografię. Z kolei Bonnard szukał inspiracji w prostocie potocznego życia. Z łazienki uczynił laboratorium, w którym studiował formę kobiecego ciała, ale tylko tego jedynego, należącego do Marty, jego muzy, modelki, żony. Ona jest w jego dziełach wiecznie młoda, niezależnie od tego, czy ją malował, gdy miała 20 czy 70 lat. Leży w wannie lub stoi w miednicy, wychodzi z kąpieli, patrzy w lustro, robi toaletę, wciąga na nogi czarne pończochy, leży na łóżku, siedzi za stołem, podpiera się łokciem, bawi z kotem, drzemie w ogrodzie i znowu wraca do wanny, oddaje wodzie swoje ciało i tak zostaje.


Jest Picasso i Legére. Pierwszy, wiadomo, geniusz, dla którego kobieta to fascynacja, najważniejszy temat plastycznych studiów. Przez całe życie odkrywał jej erotyczną moc. Konstruował ją i dekonstruował, zwielokrotniał, przekształcał, deformował. Była jego formą, linią, kolorem. Różnicowały się style i techniki, a ona triumfowała. Ale i Legére rozczłonkowywał jej ciało tak, że było trudne do identyfikacji w rozbitym na część krajobrazie, przedstawiającym geometryczną konstrukcję poskręcanych tub. Stąd nazywano go „tubistą”. Przenosił na płótno ludzkie ciało, jak ustrukturyzowane kształty przedmiotów, tworząc mikrokosmos brył, stożków, wałków, walców, rurek.
Jest też kobieta – Suzanne Valadon. Matka nieszczęsnego Utrilla, którego ojcem był dobry Bóg, czyli ktoś, o kim nawet ona niewiele wiedziała. Piękna, wyzwolona o tajemniczym spojrzeniu – muza Montmartre’u zniewalająca swych kochanków, w których atelier uczyła się malarstwa. Zaczynała od techniki impresjonistów, a kończyła na aktach, wtedy zastrzeżonych głównie dla mężczyzn. Kompozycje otoczone ciemnym konturem o mocno nasyconych barwach.
Na koniec rzucę jeszcze okiem na Kobietę czeszącą włosy – polski akcent „intymności” Władysława Ślewińskiego – i wychodzę z zatłoczonego muzeum wprost pod rozgrzewające słońce. Ciepło, przyjemnie. Zmysły pobudza podniecający zapach traw Ogrodów Ranelagh. Sztuka jest ważna, ale życie ważniejsze. I tu przy odrobinie wyobraźni dziewczyny są na wpół nagie. Intymność wynurza się z ich spojrzeń, gestów, słów, uzależnia archaicznym rytuałem łączenia ciał. Piękno, napięcie, eksplozja. Eksplozja zakochanych par.






Najpopularniejsze

Zobacz także