X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

I nie opuszczę cię aż do śmierci – Tygodnik Angora

I nie opuszczę cię aż do śmierci – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 19 marca 2016

On – czarny imigrant z Senegalu. Ona – biała Francuzka z konserwatywnej rodziny. Pokochała go, kiedy był przystojnym, silnym, młodym mężczyzną. I kocha nadal, choć jego ciało od 34 lat potrafi tylko oddychać, trawić i poruszać powiekami, a jego mózg nie istnieje.

Od pierwszego wejrzenia
Historia Jeana-Pierre’a Adamsa, jednego z najlepszych obrońców w historii francuskiego futbolu, zaczyna się w Dakarze w Senegalu, gdzie urodził się 10 marca 1948 roku. Był najstarszym dzieckiem w wielodzietnej rodzinie. Zamiłowanie do piłki odziedziczył po wujku, Aleksandrze Diadhiou, który grał we francuskim klubie Jeanne d’Arc. Jednak mały Jean-Pierre grać nie mógł. Jego pobożni katoliccy rodzice zabraniali mu uprawiania sportu. Kiedy skończył dziesięć lat, wyemigrował z babcią do Francji. Przyjęło go francuskie małżeństwo. Zamieszkał z nimi w Loiret niedaleko Paryża. W tamtych czasach kraj nie był jeszcze tak wielokulturowy jak dzisiaj; czarnym imigrantom nie było łatwo wywalczyć swojego miejsca w społeczeństwie. Ale Jean-Pierre miał ujmującą osobowość i szybko zdobywał sympatię ludzi. Skończył szkołę, zatrudnił się w fabryce, wreszcie wstąpił do armii. To był przełomowy moment w jego karierze piłkarskiej. Został wybrany do kadry wojskowej. Później grał w czołowych francuskich klubach. Nazywano go kolosem o niezwykłej sile fizycznej. Przeciwnicy bali się go jak ognia. W 1972 roku powołano go do kadry narodowej, w której wraz z kolegą z Gwadelupy – Mariusem Trésorem – stworzył najniebezpieczniejszą parę środkowych obrońców w Europie, zwaną „czarną obroną”. Kilka lat wcześniej na dyskotece poznał Bernadette. To była miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż z początku wydawało się, że nigdy nie będą razem. Rodzina Francuzki wpadła w szał, gdy usłyszała o czarnym chłopaku. Matka kazała dziewczynie zerwać z Afrykańczykiem, ale Bernadette oczywiście nie posłuchała. Wreszcie, gdy w 1969 roku zaszła w ciążę, postanowili pobrać się bez pytania o zgodę. – Napisałam do rodziców, podając datę ślubu, a mama zaprosiła nas na kolację. Potem już było wszystko w porządku. Pokazał im się w lepszym świetle niż ja. Doczekali się dwóch synów, a kiedy Jean-Pierre miał 34 lata, zakończył karierę piłkarza. Zapragnął zostać trenerem. Wiosną 1982 roku wybrał się na kurs do Bourguignon. Już trzeciego dnia zajęć doznał kontuzji kolana. Prześwietlenie pokazało uszkodzenie ścięgna i chirurg zalecił operację.

Dom śpiącego sportowca
Rankiem 17 marca Jean-Pierre pojechał z żoną do szpitala. Dla młodego, zdrowego mężczyzny miał to być rutynowy zabieg. Żegnając się z Bernadette, uspokajał ją z uśmiechem: – Wszystko w porządku, jestem w świetnej formie. Ale tego dnia w szpitalu panował nieopisany bałagan. Personel strajkował, brakowało lekarzy. Jedyna pracująca anestezjolog nadzorowała osiem operacji naraz. – Znieczulała jednego po drugim, jak na linii montażowej – opowiada Bernadette. Na sali pooperacyjnej sportowcem opiekował się aplikant, który powtarzał rok na uczelni. Jak później przyznał w sądzie, nigdy nie powinien tego robić. Nieudana intubacja doprowadziła do zatrzymania oddechu, serce przestało bić, niedotleniony mózg zapadł w śpiączkę. Piłkarz stał się rośliną. Kilka godzin po zabiegu zadzwoniła Bernadette i poprosiła o rozmowę z Jeanem-Pierre’em. Połączono ją z lekarzem, który powiedział tylko jedno zdanie: – Proszę przyjechać natychmiast. Zastała męża nieprzytomnego, podłączonego do aparatury podtrzymującej życie. – Rurki były wszędzie. Nie opuściłam szpitala przez pięć dni. Myślałam, że się obudzi, więc muszę przy nim być. Ale on się nie budził, a lekarze nie dawali żadnej nadziei. Zawiozła go do innego szpitala – w Chalon. Tam któregoś razu zobaczyła na jego ciele odleżyny, infekcja dotarła aż do kości. Wściekła się. Załatwiła operację i odtąd czuwała przy nim każdego dnia. Wreszcie władze szpitala orzekły, że nie mogą go dłużej trzymać. Poradzili jej, by oddała Jeana-Pierre’a do domu opieki. Odmówiła. – Nie sądziłam, by wiedzieli, jak się nim opiekować, dlatego powiedziałam sobie: on wróci do domu. Ale potrzebny był specjalnie przystosowany budynek. Wsparcie finansowe zaoferowały kluby piłkarskie i francuska federacja piłki nożnej. Przy ich pomocy zbudowano dom, który Bernadette nazwała „Domem pięknego, śpiącego sportowca”. Zaczęła się codzienna walka o utrzymanie Jeana-Pierre’a przy życiu. Czasem w nocy, czuwając przy mężu, Bernadette wspomina te fatalne dni w szpitalu i uświadamia sobie, jak niewiele brakowało, by wszystko potoczyło się całkiem inaczej. – Staram się nie myśleć o tym co dzień, ale nie mam wyboru. Gdy na niego patrzę, ten straszny wypadek wciąż jest obecny w mojej głowie. Ktoś powinien był zadzwonić do mnie i powiedzieć, że trzeba opóźnić operację. Dwanaście lat dochodziła w sądzie sprawiedliwości. Wreszcie wywalczyła dla siebie rentę, która pozwoliła jej zajmować się mężem na pełny etat. Zarówno anestezjolog, jak i stażysta otrzymali bardzo lekką karę – miesiąc więzienia w zawieszeniu i grzywnę, która w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze byłaby warta 750 euro. – Szpital nigdy nie przeprosił – mówi Bernadette.

On mnie potrzebuje
Ma 68 lat i jedyne, co potrafi robić sam, to oddychać, trawić oraz otwierać i zamykać oczy. Gdyby nie było przy nim Bernadette, już dawno by nie żył. Ona go ubiera, karmi, goli, kąpie, przewraca z boku na bok, by znów nie zrobiły się odleżyny. Jej pracowity dzień zaczyna się przed siódmą rano i kończy o ósmej wieczorem. O ile dopisze szczęście, jeśli mąż czuje się dobrze i spokojnie zasypia. Otoczony opieką Jean-Pierre wygląda prawie jak dawniej. Jakby wcale się nie starzał. Jego więź z żoną jest tak głęboka, że kiedy od czasu do czasu zajmuje się nim obcy człowiek, on reaguje inaczej. – Widać, że czuje, że to nie ja go karmię. Tak mówią pielęgniarki. Myślę, że czuje różne rzeczy, rozpoznaje też dźwięk mojego głosu. Nie rozumie słów, ale być może są momenty, kiedy ma przebłyski. Być może przez chwilę, tylko przez chwilę, wie, co mówię. Bernadette rozmawia z mężem cały czas. Opowiada mu o programie nadawanym właśnie w telewizji, o tym, co znajomi napisali w ostatnim e-mailu. Kiedy na niego patrzy, przypomina jej się dawny Jean-Pierre, uosobienie radości życia. Żartowniś, zawsze gotowy wybuchnąć śmiechem. Wielbiciel brazylijskiej muzyki, cygar, strojów i błyskotek. – Nigdy nie zapominamy o prezentach na jego urodziny, na Boże Narodzenie, na Dzień Ojca – mówi Bernadette. Zwykle od synów dostaje koszulki i bluzy, bo trzeba mu zmieniać ubrania codziennie, ale żona darowuje mu też rzeczy mniej praktyczne.

– Chciałabym, żeby miał miły pokój, dlatego kupuję ładne prześcieradła i męskie perfumy. Zwykle używał zapachów Paco Rabanne, teraz już ich nie lubi, więc daję mu „Sauvage” Diora. Bernadette ma dziś 72 lata. Kilka dni temu minęły 34 lata, odkąd przywiozła do domu ciało należące do jej męża. Z nadziei, jaką kiedyś miała, niewiele pozostało. W wywiadach mówi, że może medycyna się rozwinie. Może nastanie dzień, kiedy lekarze będą potrafili coś dla niego zrobić. – Jego stan się nie pogarsza, więc kto wie? Ale już chyba w to nie wierzy. Jednak przez cały ten czas nigdy nie rozważała możliwości eutanazji. – Co chcesz, żebym uczyniła? Mam pozbawić go jedzenia, niech umiera powoli? Nie, nie, nie! Bernadette boi się tylko jednego, że umrze wcześniej niż mąż. – Co się z nim wtedy stanie? On mnie potrzebuje, żeby móc jeść, żeby zaspokoić swoje podstawowe potrzeby. Jeśli ja tego nie zrobię, to kto? (EW)

Na podst.: CNN, The Guardian,
Catholic News Agency






Najpopularniejsze

Zobacz także