X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

I co dalej? Paryski nie-co-dziennik

I co dalej? Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 30 grudnia 2020

„Welcome to the other side” – to tytuł wirtualnego koncertu Jeana-Michela Jarre’a, jakim Paryż przywita Nowy Rok. Zrezygnowano z innych fajerwerków. W noc sylwestrową od 20 do 6 rano obowiązuje we Francji godzina policyjna, której strzec będzie rekordowa liczba 100 tys. policjantów i żandarmów. Grany na żywo koncert będzie prezentowany przez awatara JMJ w katedrze Notre Dame, zdigitalizowanej jeszcze przed wybuchem pożaru. Benefis Jarre’a to przesłanie nadziei dla świata, Europy, Paryża pękających pod ciężarem pandemii.

Covid-19 resetuje świat. Historia przyśpiesza. Kształt geopolitycznego ładu zmienia się. To koniec idei płynnego świata, pięknego snu, w którym globalne współzależności równoważą się. Korona­wirus nie zatrzyma globalizacji, ale ją „zmutuje”, przemodeluje, wzmocni znaczenie państw narodowych i ich rynki wewnętrzne, czyniąc z nich „pierwszy bieg” gospodarczy, uzupełniany „drugim biegiem” rynków zewnętrznych. Koronakrach kończy pax americana. Demokracja słabnie, staje się narzędziem populizmu – lub cieniem nagiej siły. Najmniej osłabione wychodzą z pandemii Chiny kumulującego władzę Xi Jinpinga, najbardziej autorytarnego od czasów Mao. Wzywa on do nowego Długiego Marszu, do „wielkiego renesansu narodu chińskiego”. W nowym roku, na stulecie KPCh, Państwo Środka ma całkowicie pozbyć się biedy, osiągając status „społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu”, gdzie nikt nie żyje poniżej minimum socjalnego, określonego dochodem 10 tys. dolarów rocznie na osobę.

Celem Xi jest nowy świat bipolarny, w którym tym razem to Ameryka podzieli los Związku Radzieckiego w starym dwubiegunowym świecie. Podstawą chińskiego rozwoju ma być 400-milionowa klasa średnia, kwitnąca wobec tej kurczącej się w Stanach i Europie. Czy czeka nas nowa zimna wojna? Ta w cyberprzestrzeni już trwa. Napięcie na scenie międzynarodowej też wzrasta. Wzmacniają się narodowe egoizmy. „Jeśli jakiś kraj chce z Chin uczynić sobie wroga, to mogę zapewnić, że będziemy bardzo wytrawnym wrogiem”. Albo: „Nie chcemy wojny, ale się jej nie boimy”. Globalny niepokój może nawet grozić wybuchem gorącej wojny – ostrzega gen. Nick Carter, szef sztabu generalnego armii Wielkiej Brytanii, co podziela były premier Australii Kevin Ruud. To także koniec relacji euroatlantyckich, jakie dotychczas znaliśmy. USA jeszcze bardziej będą obecne na Pacyfiku, by tam budować sojusze z Japonią, Indiami, Australią. Przedefiniuje to sojusz transatlantycki. Kwestia bezpieczeństwa z pewnością pozostanie źródłem napięć. Biden będzie naciskał na Europę, by wzięła większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, choć w nie tak agresywny sposób jak Trump; a Macron – by podnieść NATO ze „śmierci mózgowej”.

Dwa filary Zachodu – Ameryka i Europa – dryfują. Oddalają się od siebie. Europa musi zyskać atrybuty nowej suwerenności, twierdzi Macron, inaczej będzie skazana na wybór między Stanami i Chinami. To moment próby. Jeśli wirus zgasi integrację, zaczniemy się stawać „chińską kolonią”. Jeśli ją pogłębi, czeka nas droga ku federalizacji Wspólnoty. Albo rozpad Unii – albo Stany Zjednoczone Europy. Globalne napięcie nie sprzyja ewentualnej koncepcji konfederacji państw narodowych. Niektórzy już dostrzegli europejski „moment Hamiltona” w decyzji uwspólnotowienia unijnych długów, czyli w zaciąganiu w imieniu państw członkowskich długu na rzecz funduszu odbudowy po koronawirusie. Czy to krok do pełnej integracji europejskiej? – analogicznie do „momentu Hamiltona”, który w historii Stanów Zjednoczonych był, jak się przyjmuje, aktem rozpoczynającym proces tworzenia amerykańskiego narodu (ujednolicił obsługę długów wojennych zaciągniętych podczas amerykańskiej wojny o niepodległość, w konsekwencji czego rząd nowo tworzącego się państwa mógł w imieniu stanów zaciągać dług na wydatki federalne). Ale… narody nie eksplodują, a ewoluują, więc „moment Hamiltona” w rzeczywistości trwał ponad półtora wieku.

Tylko co na to „cyfrowy proletariat”, ów zdesperowany lud Paryża, który wychodzi na ulice: „żółte kamizelki”, a ostatnio dużo radykalniejsi aktywiści „czarnego bloku” (black block). Agresywni demonstranci, członkowie ugrupowań alterglobalistycznych, antykapitalistycznych, antypaństwowych. Zostawiają po sobie powybijane witryny, płonące samochody, a i sporo dotkliwie poobijanych policjantów. Niezły rollercoaster zapowiada się w 2021 roku. Na półtora roku przed wyborami prezydenckimi we Francji, przedstawicielka ruchu „żółtych kamizelek” Jacline Mouraud już ogłosiła swoją „uliczną” kampanię wyborczą. Chęć startu w wyborach zapowiedzieli też lider skrajnie lewicowej Francji Nieujarzmionej Jean-Luc Melenchon oraz szefowa Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen.

– Sylwestra należy spędzić w domu – słychać głos premiera Jean Castexa (Macron zakażony). Nie wszyscy posłuchają. Podziemie kwitnie. Nielegalne, potajemne imprezy odbywają się w opuszczonych halach przemysłowych, a te na kilkaset osób w hangarach przekształconych w kluby nocne. – Welcome to the other side. A tam – co?… Albo „rewolucja sanitarystyczna”, albo „poprawność sanitarna”; lub, cokolwiek to znaczyło, „nagie życie” – odpowiadają paryscy mądrale. Ci mniej oczytani, a bardziej osłuchani przekonują, że na to: „Nie odpowie ci nawet wiatr”, a co dopiero elektroniczne dźwięki JMJ. Więc: miejmy nadzieję na najlepsze, ale obawiajmy się najgorszego – jak radzą „umierający bohaterowie” mistrza fantasy Matthew Stovera. Dość mędrkowania. Czas na bal. Kilkuosobowy, wirtualny, może under­groundowy, byleby – b a l.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także