X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Hrabia bolszevik – Paryski nie-co-dziennik

Hrabia bolszevik – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 23 września 2018

Rozmowa ze Zbyszkiem Rolą, aktorem paryskiego Teatru Elizabeth Czerczuk

– Jak się odnajdujesz między teatrem a życiem, tu w Paryżu, na scenie Teatru Elizabeth Czerczuk, u której grasz od 20 lat we wszystkich jej sztukach? Nie żałujesz kariery w Polsce, w Krakowie, gdzie pracowałeś z Jerzym Stuhrem i Markiem Koterskim?
– Nie, nie żałuję. Te doświadczenia z młodości skrzętnie chowam jako pamiąteczki. Dziś jako dojrzały aktor doskonale odnajduję się w paryskim T.E.C – Teatrze Elizabeth Czerczuk, który mnie fascynuje, przenika, gdzie od lat, jak mówisz, mam to szczęście i możliwość dotknięcia tego, czego nie da ci życie, szkoła, ulica, society – ta w cudzysłowie kolorowa, wysublimowana, sztucznie wydmuchana, powiem za Witkacym: „zbydlęcona do głębi świadomie pseudodemokracja”, o której – o dziwo – coraz częściej czytam w wypowiedziach kolegów w polskich mediach. Życie, teatr – te dwa światy dla mnie się przenikają, może splatają czy dopełniają. Piosenka Stachury „Życie to jest teatr”, to prosta, zbyt banalna, daleko posunięta metafora… Bronię teatru przed ulicą, pospolitością, szarością, zmechanizowaniem, bezmyślnym galopem, trendami czy modą. Nienawidzę zbaranienia, przypadkowości, tandety, fajerwerków czy stereotypów. Radykalny T.E.C jest dla mnie doskonałym miejscem ucieczki od tego „zgiełku, jazgotu”, miejscem samorealizacji, spełnienia, jest dla mnie piękną przystanią, w której mogę realizować swoje marzenia teatralne, prowadzić własne poszukiwania artystyczne. Teatr w dzisiejszych czasach musi mieć w sobie coś świętego, jakieś sacrum, którego coraz mniej w naszym życiu albo nie ma na niego miejsca. Dlatego trzymam się T.E.C, bo u Elżbiety jest ta sakralność, metafizyka i czas, żeby tej świętości szukać, doświadczać, pielęgnować i dać innym. Z Elżbietą znamy się jeszcze z czasów krakowskich, zawsze byłem zafascynowany głębią jej myślenia o teatrze, filozofii, wyobraźni teatralnej, jej światem wewnętrznym i kopalnią doskonałych, oryginalnych pomysłów na teatr, który dziś z powodzeniem realizuje w Paryżu. W latach 90. zaprosiła mnie do Francji do spektaklu „Beckett” na festiwal w Awinionie i ta przygoda trwa do dziś. Mogłem zagrać u niej wszystkie wymarzone dla aktora role – od Hamleta do Leona w „Matce” Witkiewicza, o czym marzy każdy polski aktor.

– A Paryż?
– Metropolia, pędzi, pędzi z nadmierną prędkością. Uwielbiam to miasto. Jego obserwacja mnie napędza, motywuje do pracy na scenie. Dużo czerpię z obserwacji świata, a tu jest mieszanina wszystkich światów, kultur. To wyjątkowe szczęście zetknąć się z tym światem kultur, który moją aktorską paletę wzbogaca. Mieszkam na Montmartrze, gdzie jest bardzo kolorowo, gdzie są nieznane zaułki, małe kafejki, w których wcześnie rano lubię pić kawę, zapalić papierocha i obserwować budzący się Paryż. Cały ten zlepek kultur, zwyczajów, przyzwyczajeń, w którym jest tyle teatru, to wielkie źródło inspiracji dla aktora.

– Dla aktora takiego jak ty, hrabiego teatru, „Monsieur le comte”, jak sam się tytułujesz na drzwiach swej teatralnej garderoby?
– Wiem, skąd pochodzę, kim jestem, i dokąd zmierzam. Moje korzenie sięgają dawnej Polski, ha, o której nie powinniśmy zapominać… Ha, ha! Nie, nie przewróciło mi się w głowie, to frazy z mojej ulubionej polskiej dramaturgii, którą naszym francuskim kolegom dość często pokazujemy. Gombrowicz, ale głównie St. I. Witkiewicz – to od nich ten „Hrabia”, ten bez majtek z Gombrowicza, świetnie brzmiący po francusku Monsieur le comte sans caleson, ale ja wolę tego witkacowskiego, to od Łohojskiego hrabi bolszewika. Na razie na drzwiach mojej francuskiej garderoby jest Monsieur le comte, złotymi literkami, ha, ha, ha…



– Ty i twój alter ego, ów „hrabia bolszevik”, macie jakieś credo życiowe?
– Oczywiście: „Życie jest cudem” – to jest moje credo. Jest wielkim cudem. Jest też taki spektakl, ale to życie naprawdę jest cudem, nawet jeśli jest tylko chwilą, to trzeba je brać jak cud, że istniejemy, że przemijamy, że możemy się analizować tu i teraz, nieważne – w Polsce, we Francji, w Paragwaju, Ameryce czy Rosji; ważne, że tu, gdzie się znajdujemy, gdzie ów cud został nam dany, by się nim delektować, z niego korzystać. On nas prowadzi przed siebie. Nie wszystko, co czarne, jest tylko czarne, nie wszystko, co ciężkie, jest tylko ciężkie, nie wszystko, co boli – boli. I coś, co boli, ma odrobinę światła, siłę, co w górę ciągnie. Tak buduję najczarniejsze nawet postacie, dając widzowi poczucie, że i w złym iskierka dobra siedzi. Teatr bardzo żywy, zaangażowany, bolący, wciągający widza w bezpośredni dialog, gdzie nie ma granic między widzem i aktorem, w którym aktor wciąga widza w akcję, oczywiście na tyle, na ile on ma na to ochotę. To teatr, który ma w sobie swój teatralny pazur, niczego nie narzuca, ale porusza, bo taka jest funkcja teatru dzisiaj. Teatr musi wrócić do swych źródeł, otworzyć oczy na mistykę, a bezmyślnemu galopowi winien powiedzieć: stop, nie, nie w tę stronę. Musi otworzyć człowieka na dobro, na piękno, które w każdym z nas jest. Dlatego mówię – Życie jest cudem.
– Kogo chciałbyś jeszcze zagrać, a kogo zagrasz już w nowym, najbliższym sezonie teatralnym?
– Może króla Leara? W nowym spektaklu paryskiego T.E.C „Les Inassouvis” („Nienasyceni”) mam cudowną rolę. Gram w nim bohatera, która przewija się przez trzy części tej trylogii. Postać bardzo tragiczna, mistyczna, którą mimo wielu pozytywnych stron rozszarpuje świat na strzępy. Pokazuję kilka masek tej postaci w konfiguracji słowno-ruchowo-tanecznej. Tygiel emocji. Premiera 11 października.

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także