X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Hotel Beat Generation (Tygodnik Angora)

Hotel Beat Generation (Tygodnik Angora)

Artykuł wprowadzono: 12 listopada 2016

Paryski nie-co-dziennik

Tu – w Paryżu – po­czułem się najsamotniejszym człowiekiem na ziemi. Cały dzień szukałem na Saint-Germain knajpy „La Gentilhommière” poleconej mi przez wydawcę. W końcu znalazłem. Usiadłem, zamówiłem, wypiłem… – zanotował w deszczowe popołudnie zataczający się nad Sekwaną pijany król beatników, sławny amerykańsko-kanadyjski pisarz wagabunda Jack Kerouac, przez New York Times okrzyknięty nowym Hemingwayem. Nobel dla Boba Dylana i niedawna wystawa w Centrum Pompidou „Beat Generation” ożywiły zainteresowanie ruchem pierwszych beatników epoki zimnej wojny.





Wystawę kończyła rekonstrukcja pokoju nr 25 paryskiego Beat Hotelu, w którym mieszkali amerykańscy beatnicy. Obrazoburca William S. Burroughs skończył w nim pisać głośny „Nagi lunch”, a Brion Gysin zainicjował metodę cup-up. Tam znalazł schronienie Allen Ginsberg i wielu innych „uciekinierów wewnątrz amerykańskiej kultury”, jak chętnie siebie nazywali – Orlovski, Corso, Norse, Sommerville. Szukali śladów swego idola Arthura Rimbauda, publikowali wiersze, spotykali Jeana Geneta. Znajdywali inspirację w alkoholu i narkotykach, zadymionych klubach jazzowych Saint-Germain-des-Pres, w rozgorączkowanych dyskusjach kafejek Montparnasse’u, gdzie rosło napięcie intelektualne.

Paryż był dla nich świętem życia i twórczych doświadczeń, jak między wojnami dla Hemingwaya, Fitzgeralda, Joyce’a. Należeli do jednego z bardziej znaczących ruchów artystycznych XX wieku. Mieli wpływ na buntowniczy stan umysłów w Ameryce i poza nią. Inspirowali hippisów z Berkeley i Woodstock, paryski Maj ’68 i jego dzieci, nowe pokolenia, którym bliski był styl życia rebeliantów drogi, umykających rutynie codzienności w psychodeliczną wolność odkrywania siebie i wielkich przestrzeni. Beat Hotel był jednym z najtańszych w Paryżu, nie miał ani nazwy, ani wygód, tylko surowe warunki, z większością okien wychodzących na klatkę schodową z kabinami WC i poszarpanymi gazetami zamiast papieru toaletowego. Prowadziła go madame Rachou, przyjaciółka artystów. Dziś pozostała po nim tablica pamiątkowa w miejscu nowego hotelu Vieux Paris przy małej uliczce Gît-le-Coeur 9, łączącej nabrzeże Sekwany z knajpą „La Gentilho­mmière”, której szukał Jack Kerouac, autor autobiograficznej powieści „W drodze”, kultowej dla beatników.

Kerouac przyjechał do Paryża cztery lata przed śmiercią. Wyczerpany, znużony, wypalony życiem. Miał 43 lata. Kobiety go porzuciły, przyjaciele przebywali albo w zakładach karnych, albo psychiatrycznych bądź pogubili się gdzieś po świecie, a i on już nie włóczył się po drogach ekstatycznej wolności, lecz wrócił na Florydę, do matki. We Francji szukał śladów swej bretońskiej rodziny. Zżerany przez depresję, rozdarty między nałogami, amfetaminą, jazzem i mistycyzmem błąkał się w sercu Paryża, topiąc miłość własną w alkoholowej gorączce.

Bar „La Gentilhommière” istnieje do dziś na placu Saint-André-des-Arts 15. Jest niczym wytwórnia konsumpcyjnych pospolitych rozkoszy dla turystów. Też w nim „usiadłem, zamówiłem, wypiłem”, przeglądając tekst Alexandre’a Lacroix o przodkach Jean-Louisa Lebrisa de Kérouaca, jak brzmi oficjalna, cywilna identyfikacja sztandarowego beatnika. W knajpianym gwarze wyłapałem głos Lady Gagi zawodzący The Nature Boy, śpiewany w zamierzchłych czasach przez Franka Sinatrę i Nata Kinga Cole’a. Kerouac musiał słuchać tego nieśmiertelnego standardu, ale jako miłośnik be-bopu, zapewne w wykonaniu Milesa Davisa i Johna Coltraine’a, bo i w jego On The Road spotykamy Nature Boys poszukających ocalenia przed industrialną rewolucją w utopii powrotu do natury, żyjących na marginesie konsumpcyjnego społeczeństwa.

Ta historia zaczęła się ponad wiek temu. W 1906 roku niejaki William Pester należący do ruchu „Reformy życia” uciekł z Niemiec do Ameryki, by uniknąć poboru do wojska. Schronił się na pustyni, na wschód od Los Angeles. Zamieszkał w szałasie, który sam wybudował, żywił się owocami i surowymi jarzynami, przygrywając sobie na hawajskiej gitarze. Został jednym z pierwszych „Nature Boys”, mentorem legendarnego Edena Ahbeza, tak jak Kerouac czy Ginsberg Boba Dylana. Ahbez wyruszył w drogę, mając 13 lat, unikając przybranej rodziny. Przemierzał Amerykę pieszo i pociągami towarowymi, zyskując sławę dzięki swym piosenkom. Ale „Nature Boys”, pionierzy kontrkultury plemiennej, poszukiwali archaicznej siły natury, nie używając alkoholu i narkotyków w przeciwieństwie do Beat Generation, dla których narkotyczne eksperymenty, alkohol i seks stały się częścią drogi ku wolności, czym gorszyli purytańską Amerykę.

Lady Gaga umilkła. Ustąpiła miejsca grupie The Eagles i jej Hotelowi California, kuszącemu mitem drogi, setkami mil wybrzeża zatopionego w delirycznej mgle wszechogarniającej natury. – Some dance to remember, same dance to forget (Jedni tańczą, by pamiętać inni, by zapomnieć). Siła fascynacji Beat Generation trwa już 60 lat. I nic dziwnego, bo życie to ruch, a ten – z nami czy bez nas – nigdy się nie kończy. Dla niego wyruszamy w drogę. Jest początkiem i końcem wszystkiego.






Najpopularniejsze

Zobacz także