X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Hemingway w cieniu Saturna

Hemingway w cieniu Saturna

Artykuł wprowadzono: 27 czerwca 2021

Paryski nie-co-dziennik

Śmierć powinno się brać jak aspirynę – napisał Ernest Hemingway w Komu bije dzwon. Sam tak zrobił 2 lipca 1961 roku. Sześćdziesiąt lat temu, tuż przed swoimi 62. urodzinami zastrzelił się z ulubionej dubeltówki tego samego typu, jaką w młodości dostał od ojca. On też popełnił samobójstwo – tak jak dwoje rodzeństwa pisarza, a później jego wnuczka Margaux, aktorka, która zabiła się w przeddzień rocznicy śmierci dziadka, 25 lat temu.

Hemingway miał wszystko: miłość, pieniądze, sławę, prestiż zdobywcy Nobla i Pulitzera. Ale miał i swoje demony, te spod znaku Saturna, „czarnego słońca”, co świeci ołowianym światłem depresji. Świat wtedy ciemnieje, energia życiowa zanika, myślenie staje się bolesne, trudne. Tylko lęk i tęsknota za śmiercią. Nie pomogły kolejne elektrowstrząsy. Strzelił sobie w łeb w swoim pięknym domu, budząc żonę ze snu o świcie.

Twórczość pisarza karmiła się podróżami, walką, cierpieniem. „Trzeba cierpieć jak męczennik, zanim zacznie się pisać” – zanotował dotknięty depresją, z którą walczył całe życie. Gdy wygrywał, żył zuchwale: w Paryżu i w innych miejscach globu, na frontach dwóch wojen światowych, wojny domowej w Hiszpanii, na morzach i oceanach, łowiąc taaaką rybę, na bezkresnych przestrzeniach polując na dziką zwierzynę albo ścigając wielkie i mniejsze miłości na hałaśliwej scenie zawsze skrzeczącej codzienności. Wiele go to kosztowało: trzy rozwody, kilka wstrząsów mózgu, dotkliwe obrażenia ciała, uszkodzony kręgosłup i stawy, alkoholizm, który zrujnował mu wątrobę i nerki, impotencja, nadciśnienie, cukrzyca, żółtaczka, początki alzheimera.

Obrażenia odniesione w katastrofie lotniczej w Afryce uniemożliwiły mu osobiste odebranie Nagrody Nobla za Starego człowieka i morze. To w tym opowiadaniu umieścił słynne zdanie, że „Człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać” – chciał, żeby puentowało i jego życie. Siły szukał w pisaniu. „Kiedy piszę, jestem jak wściekły tygrys” – pisał w Ruchomym święcie. A pisał dużo. Po kilkanaście godzin dziennie przepisywał, zmieniał i poprawiał swoje teksty, szukając perfekcyjnego rytmu dla słów, układanych w proste, krótkie, precyzyjne zdania, bez zbędnej metaforyki i patosu, kreując styl, który uczynił go sławnym. W swojej twórczości zawarł wiele elementów autobiograficznych – paryskie w debiutanckiej powieści Słońce też wschodzi, w pamiętniku Ruchome święto czy w ostatnim, pośmiertnym już dziele Paryż jest świętem, niedawno wznowionym.

Zdaniem krytyków ów Paryż to… jedna z najlepszych książek Hemingwaya. Niczym magdalenka Prousta przywołuje literackie początki amerykańskiego pisarza nad Sekwaną, który większą część życia spędził poza granicami USA. Czas, kiedy był on pod hipnotycznym wpływem Gertrudy Stein prowadzącej słynny paryski salon artystyczny w swoim mieszkaniu przy rue Fleurs niedaleko Ogrodu Luksemburskiego. To był czas, kiedy „Hem” całe dnie spędzał na pisaniu, a noce na piciu w Closerie de Lilas na Montparnassie, kiedy w zamian za lekcje boksu poeta Ezra Pound robił korektę jego tekstów, kiedy stał się protegowanym Joyce’a, kiedy poznał Picassa, Miró, Grisa, kiedy przyjaźnił się z kelnerami i był powiernikiem prostytutek, kiedy wędrował od baru do baru, zagryzając whisky cebulą i ochrypłym głosem oswajał nadsekwańskie koty.

Czas „straconego pokolenia” (lost generation). Określenie, jakim Gertruda Stein nazwała amerykańskich pisarzy walczących w Europie podczas pierwszej wojny światowej, później rozszerzono na całe pokolenie wojenne. Ich manifestem było Hemingwayowskie Słońce też wschodzi. Prócz niego do tych straceńców z lewego brzegu Sekwany należeli m.in. Dos Passos, Scott Fitzgerald, Remarque.

Hemingway jako korespondent prasowy, człowiek z drogą (way) w nazwisku, mieszkał w wielu krajach Europy, również w Chinach, Hongkongu, Birmie, na Kubie. Miał 18 lat, jak pierwszy raz przyjechał do Paryża w 1918 roku. W 1921 roku został tu na dłużej, a w 1944 lądował z wojskami aliantów w Normandii. Uczestniczył w wyzwalaniu podparyskiego Rambouillet, łamiąc postanowienia konwencji genewskiej obowiązujące korespondentów wojennych. Wkraczając do Paryża jako jeden z pierwszych Amerykanów, przejechał triumfalnie jeepem przez Pola Elizejskie; w hotelu Ritz świętował zwycięstwo, gdzie poznał dziennikarkę Mary Welsh, której imieniem, „krwawa Mary”, nazwał popularny koktajl alkoholowo-pomidorowy. Mary została jego kochanką, a po kolejnym rozwodzie – czwartą żoną.

Po wojnie pisarz powoli przestawał być ujmującym „Hemem” o legendarnie pięknych, melancholijnych oczach, jakimi uwodził otoczenie. Stawał się zgorzkniałym „Papą” wszędzie dostrzegającym prześladujących go agentów FBI, ofiarą męskiego wizerunku wielkiego wojownika, który sam sobie narzucił i który przez całe jego życie podtrzymywały media. Dużo słów po sobie zostawił, zebrał je w sześć powieści, trzy opowiadania i setki nowel, nie licząc reportaży i artykułów. Broniły go przed demonami, które w końcu go zabiły, ale… czy pokonały? Słowa. Potoki, rzeki, morze słów:

Walcz, nawet w przegranej sprawie. Patrz, słuchaj, czuj. Jest tylko teraz; i jeszcze, i na zawsze teraz, jedno jedyne, nie ma nic, tylko to jedno teraz, już idzie, wznosi się, ulatuje, pędzi, toczy się, wzbija, coraz wyżej, i dalej, i dalej… t e r a z…

Leszek Turkiewicz


Najpopularniejsze

Zobacz także