X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Gwiazda Pacyfiku (Tahiti i jej płetwa grzbietowa)

Gwiazda Pacyfiku (Tahiti i jej płetwa grzbietowa)

Artykuł wprowadzono: 6 lutego 2021

Tropik. Gorące, wilgotne powietrze. Słyszę przez sen, jak monotonia huku fal dobiega z głębi Pacyfiku. Setki metrów od brzegu woda rozbija się o koralową rafę, która broni wyspę przed naporem morskiego żywiołu. Lubię te odgłosy bezrad­ności oceanu. Ale to nie one mnie budzą – to latające koguty.

Czwarta rano. Zaczyna się wysokie pianie rozdzierające w strzępy powagę nocy. Spać. Chcę jeszcze spać. Nie, to niemożliwe. Pianie potężnieje, staje się coraz głoś­niejsze, natarczywe. Po godzinie wydaje się, że cała wyspa opanowana jest przez te dzikie kogucie stwory. Żyją tu na wolności i potrafią latać. Są mniejsze od naszych, bardziej kolorowe i hałaśliwe. Takiej kanonady nigdy nie słyszałem. Prawdziwi tyrani świtu. Każdego wyrzucą z łóżka. Chcę czy nie, muszę wstać i w ciemnościach rozpocząć pierwszy dzień na Moorei. W tropiku życie zaczyna się o brzasku i kończy o zmierzchu. Rządzi rytm wschodów i zachodów słońca. Tutejsze koguty bezwzględnie tego pilnują.

Moorea po polinezyjsku oznacza jaszczurkę. Dużo ich tu. Wiele uczepiło się ścian mojego bungalowu i czuwało, bym dobrze spał. Po nocy umknęły w gęste trawy, a ja na wzgórze, z którego o świcie, gdy powietrze jest najbardziej przejrzyste, rozpościera się najlepszy widok. Na wschodzie zatoka kapitana Cooka, na zachodzie – Opunohu. Szczególnie Zatoka Cooka budzi emocje, dotykając pionowego urwiska wypiętrzonej zieleni. To jedna z piękniejszych wysp Polinezji. Upodobali ją sobie różni esteci i hedoniści widzący w niej skrawek ziemskiego raju. Przystań spokoju i radości. Naturalny ogród pełen kwiatów, kokosów, papai, mango, chlebowca, jabłek gwiezdnych. Jej gorące, zielonożółte przestrzenie otacza ciepła laguna: czasami błękitna, czasami turkusowa lub lekko zielona – zależnie od kaprysu wylegującego się nad nią słońca. O Moorei mówi się, że jest „płetwą grzbietową wielkiej ryby” oddaloną o 17 km od Tahiti. Dystans ten pokonuje się w pół godziny promem lub 10 minut samolotem. Dostałem się tu prosto z lotniska Faa’a na Tahiti pod Papeete, stolicy 118 wysp pięciu archipelagów Polinezji Francuskiej, żeby odpocząć po długim locie z Paryża.

Wracam do Papeete. Z Tevą robimy tour wokół Tahiti. Jedziemy w kierunku przylądka Venus. Maoryska dziewczyna sprawnie przeciska się przez zatłoczone ulice, a ja przyglądam się jej szyi, na której błyszczy naszyjnik czarnych pereł. Za prawe ucho zatknęła kwiat tiare, co oznacza, że jej serce jest już zajęte. W głębi czarnych oczu chowa tajemnice legendarnych vahin, tahitańskich kochanek, które zwabiły niejednego rozbitka krnąbrnego życia. Pointe Vénus to stromy klif sterczący pionowo w oceanie. Daleko widać jeszcze Mooreę; a przed nami wybrzeże Bougainville’a. To on odkrył Tahiti, za­kotwiczywszy gdzieś tutaj swój żaglowiec. Ochrzcił wyspę Nową Cyterą, czyli nową Wyspą Afrodyty, tym razem zrodzoną z oceanicznej piany Pacyfiku, która otoczona wianuszkiem motu pieści pod suknią turkusowych lagun słoneczne atole. Bogini miłości. Odważniejsza od naszej, bo seks nigdy tu nie był owocem zakazanym, a prostą energią natury. Jak rozchylające się płatki przyjmujące deszcz, jak piorun uderzający w ziemię, jak kąpiel w błękitnej lagunie. Najpierw akt dwóch przeciwieństw, później ewentualna więź uczuciowa.

Taravao. Tu Wielka Tahiti łączy się cienkim przesmykiem z Małą Tahiti nazywaną prawie wyspą; te dwa obszary wulkaniczne splotły się miłosnym uściskiem w kształcie ósemki (cyfra 8 to u pitagorejczyków symbol miłości). Mniejsza „prawie wyspa” jest bardziej dzika. Wysiadam z auta. Palące słońce, brzęczące owady. Granitowa woda wciąga w siebie zdziczały brzeg. Pusto. Ja i ta potęga bezmyślnie rozbijających się fal. Z wyżłobionych skalnych zagłębień uciekają tysiące krabów. Brzeg staje się bielszy, przykryty warstwą roztrzaskanych koralowców. Wyglądają jak stosy ludzkich kości, pokaleczonych czaszek. Bielące się w słońcu cmentarzysko. Jakoś dziwnie. Wracam do Tevy.

Mijamy rozłożyste bananowce, gaje kokosowych palm. Kolejny postój robimy pod pionową skalistą ścianą, po której z kilkudziesięciu metrów rozpryskuje się kaskada wody. Drogowskaz wskazuje, że jesteśmy 28,5 km od Papeete, obok groty Maraa, uważanej za „prawdziwe wejście do piekieł”. Robi wrażenie. Kilkaset metrów paszczy zionie imponującą otchłanią. Zgniata w swym wnętrzu olbrzymie smołowate jezioro. Nie widać w nim śladu życia. Ale po drugiej stronie szosy lśni w słońcu ocean i biała linia koralowej rafy przywraca chęć życia. Czarna plaża Taharuu. Na Tahiti wszystkie plaże są czarne.

Papeete. Przymykam oczy na betonowo-szklaną zabudowę, a otwieram szeroko przy kolonialnych rezydencjach i kolorowych bulwarach. Teva zostawia mnie przy skwerze Vai. Tłum ludzi. Stragany, przyprawy, pachnidła. Krzyżują się tradycje Azji, Europy, obu Ameryk. Nadmorski skwer zmienia się w wielką knajpę pod gołym niebem. Zamawiam rum z wanilii, myśląc o ostatnim królu Tahiti – Pomare V. Zmarł z przepicia, co upamiętnia butelka na jego grobie. W swym hymnie Polinezyjczycy śpiewają, że są szczęśliwi na tych wyspach. Ich szczęście zaczyna się od uśmiechu; potem jest taniec, seks i miłość – w tej kolejności. Tahiti rozsławił Paul Gauguin, dziesięć lat tu żył i malował. Swój najsłynniejszy tahitański obraz zatytułował Skąd przybywamy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Dokąd?!… Pod wiatr, słońce, ogłuszające fale. Przed nami już tylko wyspy szczęśliwe: te Wietrzne i Podwietrzne, atole archipelagu Tuamotu, Bora-Bora, Maupiti, Markizy. Są jak wirus mihi, tahitański wirus tęsknoty. Małe światy rozrzucone na oceanie. Nie, potop Noego jeszcze nie opadł.

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także