X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Epidemia i zamrażalnik

Epidemia i zamrażalnik

Artykuł wprowadzono: 29 marca 2020

Koronawirus szaleje. Pozamykane są restauracje, bary, braserie i kafejki – te świątynie francuskiego życia towarzysko-kulinarnego. Po zakupy można jechać raz w tygodniu, i to tylko po podstawowe produkty spożywcze i higieniczne – papier toaletowy jest, ale nie we wszystkich sklepach. Trzeba mieć podpisany przez nas samych glejt, iż jedziemy po zakupy. Żeby nie zwariować w tym odosobnieniu, to trzeba przynajmniej na talerzu móc znaleźć atrakcyjną odmianę – spaghetti carbonara nie może na każdy obiad lądować na stole, boby kucharza wystawili na balkon.

Z rozmów (telefonicznych) ze znajomymi i przez płot z sąsiadami dowiaduję się, że wcale nie jestem taki oryginalny. Oni, tak jak i ja, sięgają do zamrażalnika i spiżarni. Robimy zatem remanent.

Przyprawy

Tych mi nie brakuje. Mam ich tyle, że mógłbym ze spokojnym sercem otworzyć sklep kolonialny. Do wyboru i do koloru (dosłownie). Od najbardziej egzotycznych, takich jak pochodzący z Kambodży amok, po te najpopularniejsze – z kurkumą i cayenne w pierwszej parze. Nie mogłoby zabraknąć mojej ulubionej papryki baskijskiej espelette, która świetnie pasuje nawet do czekoladowych lodów. Jest długi, szyszkowaty pieprz indonezyjski, nepalski timut, cudnie pachnący czarny z Madagaskaru czy czerwony, syczuański. Dalej słodka papryka z Bałkanów i wędzona vera z Hiszpanii, meksykańska ancho, bez której nie ma chili con carne. „Ognista” jalapeño, „ptasi pieprz” – używany na Antylach i na Wyspie Reunion na Oceanie Indyjskim. Oliwy też nam nie zabraknie. Z cytryną, z truflami, z rozmarynem, z ostrą papryczką piri-piri czy „zwykłą”. Można wybierać w occie balsamico i w suszonych ziołach. Te świeże, z aromatyczną kolendrą tajską na czele, są zamrożone.

Lodówka

W coraz bardziej pustoszejącym za­mrażalniku (kwarantanna trwa już ponad dziesięć dni) znajdziemy i „małe co nieco”. Maleńkie mielone kotleciki z kurczaka, a inne jagnięco-wołowe z imbirem. Kotleciki drobiowe w panierce. Polędwiczki cielęce. Japońskie pierożki gyoza faszerowane warzywami i drobiem, dalej – ciecierzyca, zielona fasolka, bób po prowansalsku z pomidorami i z papryką, mieszanka warzyw z grilla, a także po meksykańsku i znów po prowansalsku. Te pierwsze na ostro z chili, te drugie tak jak bób. Placuszki ziemniaczane wielkości maleńkiego spodeczka. W lodówce śmietana – do sosów niezbędna, alzacka kapusta z wędzonym boczkiem, wieprzowiną i kiełbasą, a także filety z piersi kurczaka, no i świeży imbir. Przed domem rośnie drzewko laurowe, a w spiżarni znajdziemy poza makaronem parę gatunków ryżu, z basmati na czele. Dlaczego za­mrażalnik jest tak wypchany? Moi mistrzowie z Akademii Le Cordon Bleu zapewniali, że mrożonki są przedniej jakości, bo wszystko jest zbierane świeże, w sezonie. A teraz do dzieła. Obsmażamy kotleciki jagnięco-wołowe na patelni. Cebula w plasterki. Wyciśnięty czosnek. Kurkuma. Świeżo starty imbir. Dolałbym białego wina, ale nie mam. Zatem łyżka wody. Na koniec posiekana kolendra. Na osobnej patelni na rozgrzaną odrobinę oleju sypiemy garść warzyw prowansalskich. Ryż basmati z kawałeczkami szynki, zielonym groszkiem i z jajkiem. Z wina zostały mi tylko „pamiątki” z wakacji – czerwone, wytrawne monastiri  z Cypru i chorwacki burin z wyspy Pag, skąd pochodzą przednie sery, a której nienawidzą żeglarze, bo wiatry w straszny sposób tam kotłują – odbijając się od Pag i od stromych gór udających w filmie „Winnetou” Góry Skaliste. Wybrałem „chorwata”. Wszystko razem było pyszne. Tylko co zrobić jutro?

Marek Brzeziński






Najpopularniejsze

Zobacz także