X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Eksplozja w Orsay – Paryski nie-co-dziennik – Tygodnika Angora

Eksplozja w Orsay – Paryski nie-co-dziennik – Tygodnika Angora

Artykuł wprowadzono: 12 kwietnia 2015

Na szczęście tylko kolorów: żółcie, oranże, fiolety, błękity, malwy… To eksplozja w krainie wiecznej szczęśliwości, ziemskiego raju, jaki zapanował w musée d’Orsay za sprawą retrospektywy – „Pierre Bonnard, malarz Arkadii”. Wizja świata idealnego – remedium na paryski splin.


Pejzaże w słońcu skąpane, falujące morze, koty polegujące w cieniu, kobiety przy toalecie, sjesta, intymność, dom otwarty na pełen zawrót świetlistości, beztroska, ład, harmonia. Eden w sercu codzienności z widokiem na sielski banał w czasie zatrzymany. Artysta szczęścia – jak nazywa się Bonnarda (1867 – 1947) – pisał o sobie, że oddawał się przebrzmiałej pasji malarstwa, marząc, aby to jego dzieło zbyt szybko nie przebrzmiało i – jak dodawał patetycznie – na skrzydłach motyla dotarło do widza roku 2000. Tak się stało. Paryżanie tłumnie wpatrują się w kunsztowne plamki, które przyjemnie łudzą oko, zlewając się w kontury kunsztownych wnętrz, ogrodów, intymnej nagości. Wystawiono setkę obrazów malarza Arkadii i kilkadziesiąt zdjęć.

Pierre Bonnard, mimo że obok Matisse’a uważany jest za jednego z największych kolorystów swojego czasu, budził skrajne reakcje. Balthus go podziwiał jako najwybitniejszego malarza XX wieku, ale już Picasso lekceważył za „mieszaninę niezdecydowania”. Jedni widzieli w nim spóźnionego impresjonistę lub nieudolnego symbolistę, inni – twórcę wybitnie oryginalnego, który wywarł wpływ na takich malarzy jak de Staël, Rothko czy Bacon. Bonnard zaczynał przygodę ze sztuką jako malujący wieczorami adwokat, ale porzucił palestrę dla sztalugi. Przystał do nabistów, zachwycał się czystością japońskich rycin, doznał artystycznego olśnienia, odkrywając obrazy Gauguina w paryskiej Café Volpini. Próbował zastosować jego estetyczne idee, nie szukając inspiracji w tropikach dalekich krajów, lecz w prostocie potocznego życia. Nie popłynął nurtem awangardy, daleki od kubizmu, surrealizmu, nawet fowizmu. Porzucił Montmartre i swe paryskie atelier na Pigalle i Batignolles dla przestronnego Południa i jego słońca. – Jakie tu światło! Jak uderzenie tysiąca i jednej nocy! – pisał do przyjaciół. A przyjaźnił się m.in. z Tadeuszem Natansonem, współwydawcą pisma La Revue Blanche, trybuny wielkich debat artystycznych, i z jego żoną Misią Godebską, królową Paryża – tak ją nazywano – wcieleniem paryżanki doskonałej, elegancji, luksusu, no i miłości burzliwej.

Dla Bonnarda kobieta to dziki ogród, iskrzący zmysłowością form, w którym pojawia się mężczyzna. Obraz „Mężczyzna i kobieta” przedstawia lustrzane odbicie artysty i jego modelki Marty. Oboje są nadzy. Dzieli ich parawan wyznaczający granicę między płciami. Marta jest wszechobecna na jego obrazach, wiecznie młoda, niezależnie od tego, czy malował ją, gdy miała 20, czy 70 lat. Przez pół wieku była jego muzą i towarzyszką życia. Stoi w dużej miednicy, kąpie się w wannie, wychodzi z kąpieli, patrzy w lustro, robi toaletę, wkłada pończochy, leży na łóżku, siedzi przy stole, podpiera łokciem, bawi się z kotem, drzemie w ogrodzie. Wraca do wanny i zostaje. Wodzie oddaje swe smukłe ciało. Zastyga w czasie, pokrywa się nieforemną powłoką, rozpuszcza w płynnej materii. Rozpada pod ciężarem śmierci, która opada na powierzchnię wody. W nagim ciele zanika świetlistość karnacji, krzyżują się pamięć i niepamięć, przelotność i wieczność.
Krytycy sztuki zastanawiają się, czy w tej wannie leży Marta czy jej przyjaciółka Renée, kochanka malarza, która kilka tygodni po jego ślubie z Martą popełniła samobójstwo. Cóż, śmierć jest obecna nawet w najszczęśliwszym życiu, sugerują organizatorzy wystawy tytułem jednej z ekspozycyjnych sal – Et in arcadia ego. W innej kontury okien i luster – stałe motywy Bonnarda – otwierają wnętrza na rozległą przestrzeń, ciągłą i nieciągłą jednocześnie. Rajski pejzaż, tropikalne ogrody, postacie otoczone ciepłymi kolorami szczęścia. – Główny temat moich obrazów to przestrzeń ponad obiektami – pisał malarz. Jej percepcja odwołuje się do ulotnego, ale spełniającego się marzenia, do subtelnego napięcia między zjawianiem się i znikaniem. Używany motyw lustra staje się metaforą „małego kłamstwa, co czyni malarstwo wielką prawdą”.

Dzieło Bonnarda, pełne tajemniczych niuansów, wydaje się oderwane od czasu. Również od czasu jego epoki, awangardy pierwszej połowy XX wieku, która chciała pogrzebania malarstwa, a on jego zmartwychwstania. Tajemniczy, milczący, osamotniony. Namalował kilkanaście autoportretów, z których kilka znalazło się na paryskiej wystawie. Na jednym jest starym bokserem – nagi tors, czoło poorane zmarszczkami, twarz obrzęknięta, ukryta w czerwonym cieniu. Również z innych autoportretów bije niepokój. Oczy zamknięte, nigdy nie patrzą przed siebie. I to ma być malarz szczęścia? – Kto śpiewa, nie zawsze jest szczęśliwy – zanotował w kajecie. W ostatnich obrazach – „Migdałowiec w kwiatach” i „Jabłoń kwitnąca” – zbliżył się do granic abstrakcji. – Teraz zaczynam rozumieć – napisał – że wszystko trzeba zacząć od nowa. Umarł w małym miasteczku Cannet na Lazurowym Wybrzeżu. Pierre Bonnard – świat mitycznej Arkadii, którego nie ma, nie było i nigdy nie będzie. Ale są żółcie, oranże, fiolety, błękity, malwy… I to wystarczy.






Najpopularniejsze

Zobacz także