X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Dzień 16 czerwca: Bloomsday

Dzień 16 czerwca: Bloomsday

Artykuł wprowadzono: 12 czerwca 2021

Paryski nie-co-dziennik

To read or not to read? – oto jest pytanie. Pytanie słynnej paryskiej księgarni Shakespeare and Company. Miejsce szczególne, oaza pisarzy, moli książkowych, turystów. Jej historia sięga pierwszego wydania Ulissesa Jamesa Joyce’a, który zmarł 80 lat temu; a 100 lat temu ta „powieść-potwór”, „umysłowy wszechświat”, „epopeja nowoczes­ności” nabrała ostatecznego kształtu.

Irlandzki pisarz uważał, że aby stworzyć coś znaczącego, musi opuścić kraj i zmierzyć się z życiem na wygnaniu, zostać obywatelem świata i wśród obcych walczyć z przeciwnościami losu; i niczym Ulisses odnaleźć własną i świata tożsamość w podróży, przygodzie, ale i w swym umyśle. Pierwszym krokiem na tej drodze był Paryż, nieudanym, bo 20-letni Joyce nie podjął studiów na Sorbonie. Wrócił na krótko do Dublina, gdzie poznał Norę Barnacle, prostą dziewczynę, z którą pozostał już do końca życia na dobrowolnym wygnaniu. Berlin, Rzym, Zurych, Triest… „Zuchwały jak dziób statku i wszechstronny jak róża wiatrów”, by użyć słów Borgesa. Mając 38 lat, ponownie przyjechał do Paryża, zachęcony przez poetę Ezrę Pounda. Tym razem został 20 lat, skończył tu Ulissesa, a dzięki przyjaźni z Amerykanką Sylvią Beach, właścicielką księgarni Shakespeare and Company, poznał paryski świat literacki. Najbliższe kontakty nawiązał ze Scottem Fitzgeraldem, Gide’em, Hemingwayem, no i z Beckettem, który z czasem został jego sekretarzem.

Miss Beach tak opisała Joyce’a: Był średniego wzrostu, szczupły, delikatny, lekko przygarbiony i pełen wdzięku. Rzucały się w oczy jego delikatne dłonie, a jego piękne, ciemnoniebieskie oczy płonęły ogniem geniuszu. Pisarz inaczej siebie postrzegał, co zanotował krytycznie: Małowartościowy człowiek ze skłonnością do alkoholu. Nadużywanie alkoholu, okresowe napady pijaństwa odziedziczył po ojcu, ale też poczucie humoru, towarzyski wdzięk i słuch muzyczny. Upijał się w nocnych knajpach, by oczyścić głowę po wyczerpujących wysiłkach pisarskich. Późno wstawał: Kto rano wstaje, temu źle się zdaje.

To read or not to read? Czytać! W literackiej fikcji bywa coś rewolucyjnego. I nie tylko pisarze produkują fikcję. Wszyscy to robimy. Bo istniejemy o tyle, o ile opowiadamy swoje życie – sobie albo innym, fabrykując jego kopie. Wszystko jest częścią tej wielkiej „gry językowej” określającej nasze postrzeganie siebie i świata. Jesteśmy skazani na fikcję, ponieważ tylko fikcję, którą sami stwarzamy, jesteśmy w stanie pojąć. A i to nie zawsze, i nie do końca. W Shakespeare and Company, przy rue Bûcherie 37, panuje atmosfera dawnych czasów. Tysiące książek poupychanych w każdym kącie, nowe i antykwaryczne pozycje. Na piętrze między książkami stoją stare sofy, krzesła, fotele, stoły. Jest też „pisarska dziupla” z powpinanymi i porozrzucanymi w nieładzie karteczkami, zapis­kami, cytatami. Za czasów Sylvii Beach, która pierwsza wydała Ulissesa, odrzucanego przez innych, ta legendarna księgarnia mieściła się przy rue Dupuytren 8, w samym sercu „republiki literackiej fikcji”, za jaką uchodziła dzielnica Saint-Germain-des-Prés; później – przy sąsiedniej rue de l’Odéon 12, skąd Ulisses ruszył w świat, co upamiętnia „drzewo kwitnące książkami”.

Usiadłem w „pisarskiej dziupli” zwabiony zbliżającym się Dniem Blooma (Bloomsday), obchodzonym przez fanów Joyce’a 16 czerwca. W tym jednym dniu pisarz osadził akcję Ulissesa, na pamiątkę swej pierwszej randki z Norą. Leopold Bloom, bohater książki, zwykły agent ogłoszeniowy, i 22-letni Stefan Dedalus, niezależnie od siebie, włóczą się po Dublinie i przypadkowo spotykają. Nie przemierzają dalekich mórz, wędrują po ulicach i zakamarkach swych umysłów, trafiając do tak banalnych portów jak: sklep, łaźnia, kościół, cmentarz, knajpa, biblioteka, księgarnia, szpital, nocny bar czy burdel. Ironiczna alegoria podróży, parodia Homerowskiej „Odysei” – trwa od 8 rano do 2 w nocy. 18 godzin w osiemnastu rozdziałach; ostatni to monolog Molly, żony Blooma, który niczym Odyseusz kładzie się obok Penelopy. Pierwotnie wszystko się kończyło słowem „chcę”, lecz pod wpływem francuskiego tłumacza Joyce dodał do niego „tak”, dzięki czemu całość wieńczy to najprostsze słowo wyrażające najprostszą afirmację językiem próbującym oddać myśl.

Nigdy nie wiesz, czyje myśli przeżuwasz – czytam karteczkę w „dziupli”. Prawdziwym bohaterem Ulissesa jest język, za pomocą którego pisarz usiłował rejestrować myśl, podążając za nią różnymi drogami i potokami słów. Szukał „wewnętrznego słowa”, jak mówił, posługując się m.in. techniką nazwaną później strumieniem świadomości. Podmiot zanika. Ustępuje miejsca językowi, który staje się całym światem: wchodzi i wychodzi z umysłu, dryfuje, rzuca światło na ciemną stronę świadomości.

Joyce zapoczątkował epokę współczesną. Miał wywrzeć taki wpływ na literaturę, jak teorie względności Einsteina na fizykę. Nigdy nie przerwał pisania, mimo że pod koniec życia praktycznie oślepł, a schizofrenia córki Lucii przysparzała mu cierpień. Przelał własną osobowość w złożoną materię książek, tworząc wszechczłowieka we wszechświecie wędrujących myśli. Zmarł, mając 58 lat, jak mówiono, „pijany, ślepy i bez grosza”. A Bloomsday pochodzi nie tylko od nazwiska bohatera jego „książki nad książkami”, ale i od Doomsday, czyli od dnia sądu ostatecznego. Więc?… Należy w porę: Żyć, błądzić, zwyciężać, stwarzać z życia nowe życie. T a k

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także