X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Demokracja: skażona, wypaczona, toksyczna

Demokracja: skażona, wypaczona, toksyczna

Artykuł wprowadzono: 27 lutego 2022

Paryski nie-co-dziennik

Była sobie raz epoka szczęśliwej globalizacji, upadku komunizmu, końca historii – jak opowiadał swoją uczoną baśń Francis Fukuyama. Końca rozumianego jako definitywne zwycięstwo liberalizmu i demokracji otwartej na wszystkie strony zgodnego świata: Europę, Amerykę, Chiny czy Rosję. Demokracji triumfującej, łączącej, nie tej dzielącej, ludowej, burżuazyjnej, innej, deklarowanej po obu stronach frontu zimnej wojny – Democracy for all.

Ale historia, jak to historia, znowu ruszyła, ba, przyśpieszyła, i demokrację coś skaziło, zepsuło, wypaczyło. Została zakładnikiem populizmu, autorytaryzmu, nacjonalizmu. W ostatniej dekadzie doszło do pogorszenia stanu demokracji na świecie. Tylko w ubiegłym roku według raportu Edelman Trust Barometer wskaźnik relacji między rządzącymi a rządzonymi wyraźnie spadł, np. w Niemczech o 7 proc., w USA o 5 proc., a w Chinach odwrotnie, publiczne zaufanie wzrosło o 11 proc. Przypadek Chin pokazuje, że związek między demokracją a efektywną gospodarką, a nawet relatywnym dobrobytem, został zerwany. Im mniej demokracji, tym lepiej dla rynku – to niepokojący sens obecnego dramatu świata, zdaniem filozofa Jürgena Habermasa.

Mija 75 lat, odkąd Winston Churchill wypowiedział słynne zdanie, że demokracja jest najgorszą formą rządów, ale nic lepszego nie wymyślono. Od 2500 lat trwa spór o demokrację. Historia cywilizacji zna mało idei, co tak fascynują, co tyle emocji budzą i tak wielkie masy ludzkie pchają do działania i walki. A walka toczy się o swój sposób rozumienia demokracji przeciwko demokracji innych. Po klęsce faszyzmu żadnej siły politycznej nie stać już było, by tę powszechnie aprobowaną wartość oddać przeciwnikom. Może je wszystko dzielić, a mimo to akceptują – często wrogie wobec innych – deklaracje demokratyczne. Bywają one orężem buntu, frustracji, walki o władzę, wewnętrznych i zewnętrznych agresji politycznych („demokrację” ma w nazwie Korea Północna, a ostatnio samozwańcze pseudorepubliki satelickie Rosji – Doniecka i Ługańska), a i same ekscesy większości prowadzą do konfliktów, niszczenia struktur integracyjnych. Słowem – demokracja, wypaczona czy nie, ciągle nie ma znaczącej alternatywy.

Zwłaszcza we Francji rywalizującej ze Stanami Zjednoczonymi o pierwszeństwo republikanizmu, który winien chronić prawa obywateli, szczególnie tych będących w mniejszości. W kraju Monteskiusza, który nie chcąc dopuścić do dyktatury większości, spopularyzował ideał podziału władz i rządów prawa; bo – jak pisał inny Francuz Tocqueville – jeśli większość może wszystko, to taka demokracja jest godna pogardy. W kraju tym już niedługo będzie wielkie święto demokracji, jakim są wybory prezydenckie. Na ulicach Paryża pojawił się lud żółtych kamizelek, czerwonych czapek, zielonych koszul, tęczowych i spodni, i spódnic. Cyfrowy proletariat walczy, biedni z bogatymi, młodzi ze starymi, słabi z silnymi. Pojawili się przeciwnicy epidemicznych obostrzeń, stronnicy ultralewicowego Mélenchona, ultraprawicowej pary: Zémmour, Le Pen; czy też Macrona, który jako prezydent chce wszystkich godzić, i Pécresse, która jako prezydencka pretendentka chce wszystkich uszczęśliwić.

Demokracja!… Ów rząd ludu, przez lud i dla ludu – jak chciał autor tej klasycznej definicji Kleon, ateński polityk i wódz. Jej stawką i kryterium wcale nie jest rząd większości, a wolność. Bez wolności to tylko dyktatura większości. Już dla pierwotnej starożytnej postaci demokracji – czy to w Atenach, czy innej greckiej polis – idea wol­ności jednostki była jej naczelnym sensem i rozstrzygającym kryterium demokratyczności systemu politycznego. Na rozwój idei demokracji nie sposób spojrzeć inaczej jak na rozwój coraz doskonalszej organizacji państwowej, która pozwoli każdemu urzeczywistnić wrodzoną istotę człowieka – wolność, bo jak przekonywał kolejny Francuz Rousseau: „Zrzec się swej wolności, to zrzec się swego człowieczeństwa”. To koncepcja społecznej wolności człowieka zrodziła demokrację. Walka o nią to historia walk o polityczną wolność, która jest stopniowalna, może być jej więcej lub mniej.

Demokracja to nie religia, nie można się na nią nawrócić, nie eksploduje prawdą. Nie jest żadnym finalnym produktem historii. Nie jest czymś ostatecznym i nie ma monopolu na czynienie dobra. Stale ewoluuje, będąc niekończącym się wyzwaniem dla doskonalenia swych form działania, w duchu kompromisu, nie dyktatu większości nad mniejszością. Alternatywna mniejszość nie jest jej dodatkiem, a warunkiem istnienia. Naturalna dla niej ciągłość przekazywania władzy tworzy niezbędny obyczaj politycznej kultury, której fundamentem są kontrola władz i rządy prawa, bez czego ani wolności, ani demokracji nie ma.

Demokracja to twór żywy. Stale zagrożony cynizmem, butą, fanatyzmem tych tak żądnych władzy, że w swej misyjnej gorliwości walczą o rzekome dobro ludu nawet wbrew jego woli. Z drugiej strony istnieją obawy, że demokracja okaże się za słabą formą rządów, by opanować żywiołowy rozwój ludzkości, by pogodzić wolność z porządkiem. W istocie to bardziej lęk przed pluralizmem opinii, który rodzi chaotyczny obraz świata. Lecz taka jest rzeczywistość, gdy przyjmiemy społeczną koncepcję wolności człowieka, która zrodziła demokrację w znaczeniu politycznym. „Wolność wszystkich daje najwięcej zgody” – pisał Pseudo-Lizjasz. Gdy taka wolność nastanie, to być może i zaistnieje owa bajeczna epoka Fukuyamy – końca historii. A teraz – i znowu, i ciągle – niestety, wojna! Ów tragiczny napęd historii ludzkości.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także