X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Czterdzieści lat loterii… Sześć wrót do bogactwa (Tygodnik Angora)

Czterdzieści lat loterii… Sześć wrót do bogactwa (Tygodnik Angora)

Artykuł wprowadzono: 7 maja 2016

Jeden zwariował. Wydał milion w okamgnieniu. Wpadł w czarną rozpacz i… znów wygrał milion. To go ocuciło. Zaczął inwestować. Ktoś inny kupił sobie ferrari, które stoi w kącie w garażu, bo gdzie takim cudem jeździć po francuskich drogach z szybkością 130 km/godzinę. Obydwaj trafili szóstki we francuskim totolotku, czyli w Lotto, obchodzącym teraz czterdziestolecie.

Gra w lotka to nie tylko odrobina adrenaliny przy wypełnianiu, a potem większa jej dawka przy sprawdzaniu kuponu. To nie tylko hazard dla ubogich. To także marzenie za dwa euro dostępne trzy razy w tygodniu. Nie o wygraniu 20, 40 czy nawet pół tysiąca euro. To marzenie o staniu się milionerem. Każdy ma prawo do snu o szczęściu w złocie, do marzenia, a tak naprawdę szansa na to, że się to spełni, to jeden na 19 milionów.

We Francji w lotka gra ponad 17 milionów ludzi. 40 lat temu na pierwsze losowanie zaproszono tysiąc gości. W Teatrze Empire przy Avenue Wagram w XVII dzielnicy Paryża, o rzut kamieniem od Łuku Triumfalnego, stawiło się nieco ponad trzysta osób. Nie pojawił się ani minister finansów, ani żaden z sekretarzy stanu związany z ekonomią. A to przecież nie kto inny jak ówczesny premier (a późniejszy prezydent) Jacques Chirac podpisał rok wcześniej 10 lipca 1975 roku dekret, na mocy którego Francja uzyskała własnego lotka. Wzorowano się na Niemcach. Piękna blondynka uruchamiająca kule robiła to w imieniu zaledwie 73 tysięcy osób, które skreśliły sześć cyfr na pierwszym, historycznym kuponie francuskiej loterii. Ponoć ludzie nie mieli pojęcia, o co chodzi i w kolekturach uruchomiono specjalne kursy, na których wyjaśniano zasady gry.

W społeczeństwie pokutowało przyzwyczajenie z 1933 roku, kiedy we Francji wprowadzono Loterię Państwową. Nikt wtedy niczego nie zakreślał, nie wybierał swoich liczb, lecz sprawdzał, czy jego numer wydrukowany na losie został wylosowany. Teraz było trudniej. Trzeba było przełamać barierę psychologiczną. Wtedy można było biernie czekać na to, czy zostaniemy wybrani. Teraz przyznano człowiekowi prawo do aktywności – sam musiał podjąć decyzję, co skreślić z 49 propozycji, ale w ostatecznym rozrachunku to i tak los za niego decydował. Przez trzy miesiące nikt niczego nie wygrał. We wrześniu 1976 roku wreszcie trafił szczęśliwiec. Gdy opowiedział o swoim nowym życiu milionera w jednej z wielkonakładowych gazet, runęła tama. W następnym losowaniu udział wzięło ćwierć miliona, a miesiąc później milion osób mających nadzieję, że je też spotka takie szczęście.

70 procent zwycięzców to mężczyźni, mimo że kobiety też namiętnie grają w lotka i kupują zdrapki. Jedna trzecia „milionerów” to panowie w wieku od 50 do 59 lat, ojcowie rodzin, mający przeciętnie po dwoje dzieci. Liczba grających znacząco rośnie, gdy losowanie wypada w piątek trzynastego. Ludzie wierzą, że to może być dla nich szczęśliwy dzień i manną sypnie z nieba. Maksymalna wygrana przy minimalnej inwestycji to marzenie wielu i przedmiot… studiów psychologów i socjologów.

François pochodzi ze środkowej Francji. W swym miasteczku na tomboli zawsze wygrywał. Na maturze wylosował jedyne pytanie, na jakie znał odpowiedź. Mając 19 lat, wygrał w lotka pięć milionów euro. To najmłodszy „lotkowy milioner” we Francji. Rozstał się ze starym samochodem, który po przejechaniu 300 tysięcy kilometrów stał się skarbonką bez dna. Kupił mercedesa i quada. Chcąc się uniezależnić od rodziców, wybudował sobie dom. Ale chłopak nie żyje z procentów. Został strażakiem, by ratować ludzkie życie i jednocześnie zarabiać. – Jak jestem w mundurze strażaka, to nikt nie wie, ile mam na koncie i o to chodzi – mówi. Odsetki od jego majątku – sześć tysięcy euro miesięcznie – to pensja pułkownika straży pożarnej. – Mógłbyś kupić całą tę remizę i sprzęt, który się w niej znajduje – śmieją się kumple. – Mnie interesuje ratowanie życia ludzkiego – to jest mój majątek – odpowiada chłopak milioner.

Jean-Pierre ma 40 lat. Właściciel stadniny koni sportowych. A te zaczęły padać. Weterynarze rozkładali bezradnie ręce. Nie wiedzieli, co jest przyczyną infekcji. Kupując papierosy, zakreślił szóstkę w totka. Wygrał cztery i pół miliona euro. Dowiedział się o tym w sylwestra. Zadzwonił do legendarnej restauracji „Jules Verne” Alain Ducasse’a na I piętrze wieży Eiffla. Tam trzeba mieć rezerwację robioną pół roku wcześniej. Powiedziano mu, że przed dwoma minutami ktoś zadzwonił, iż nie przyjdzie i jest stolik na dwie osoby. Bingo. Kolacja z truflami za 1200 euro. Żonie kupił bmw, sobie marzenie o Jamesie Bondzie – astona martina, a uczniom, których wozi na zawody hippiczne – nowy busik. Znaczna część poszła na odnowę stadniny zdziesiątkowanej przez wirusa, reszta do banku z przeznaczeniem dla synka.
André pochodzi z Alzacji. Gra sporadycznie. – Raz wygrałem 15 tysięcy franków. Bardzo byłem zadowolony – przyznaje, dodając, że przeżył szczęśliwe życie. Przez 40 lat pracował w firmie transportowej – od robotnika doszedł do dyrektora. Teraz jest pierwszym we Francji stulatkiem milionerem. – Jaka szkoda, że to nie przyszło wcześniej – wzdycha. – Pomogłem synowi w budowie domu z basenem i mogę się przyglądać, jak moje wnuki się z radością w nim kąpią. Pomogłem córce. Ale nasze z żoną zdrowie już nie takie, a chętnie byśmy pochodzili do dobrych restauracji – mówi.

Paul ma 65 lat. W życiu, jak sam mówi, wykonywał 36 zawodów. Wygrał dziewięć milionów. – Dobija mnie to, że wszyscy dookoła wiedzą, iż jestem bogaty. Ale robi swoje – układa posadzkę, płytki w łazience, parkiet.

– W naszej restauracji wciąż bierzemy dania z menu za 12,50 euro. Kupiliśmy sobie przyczepę kempingową. Latamy normalną klasą turystyczną – mówi Claude, emeryt. Wygrał 132 miliony euro. Trzecia co do wielkości wygrana w historii francuskiego totka. Dziewięć tysięcy euro dziennie odsetek brutto. – Trzeba zostać sobą bez względu na bogactwo – mówi Claude. (MB)

Na podst.: Le Parisien, Psychologies, Tirage-gagnant, Metronews






Najpopularniejsze

Zobacz także