X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Czekamy!

Czekamy!

Artykuł wprowadzono: 20 lutego 2021

Paryski nie-co-dziennik

Czekamy na odwilż – termiczną, epidemiczną, psychiczną. Czekamy na pełne słońce, na „Surrealizm w pełnym słońcu” – wystawę antidotum na czas zarazy, która miała się zacząć 10 lutego w paryskim Muzeum Oranżerii, lecz została zablokowana przez panoszący się bez końca COVID-19.

Czekam i ja w Jardin des Tuileries, gdzie mieści się Musée de l’Orangerie, przeglądając notatki oraz materiały organizatorów ekspozycji konfrontującej – jak czytam – 60 obrazów i 40 rysunków pochodzących ze „słonecznej” twórczości Magritte’a i Renoira. Belgijski mag inspirował się, ba, zachwycał się Francuzem, o czym ma świadczyć jego „renoirowski okres” w latach 40. ubiegłego stulecia, kiedy będąc pod wpływem Renoira, malował w jego radosnym „słonecznym stylu”.

– To ziemia jest rajem – i naszym, i bogów. Radość – oto, co chcę malować – temu przesłaniu Pierre-Auguste Renoir był wierny przez całą 60-letnią twórczość, podczas której namalował pięć tysięcy obrazów i żadnego wyrażającego smutek lub przygnębienie. Wszystkie były pochwałą radości i urody życia. Nawet jak był już stary, schorowany, przykuty do inwalidzkiego wózka, ścigał idylliczne szczęście, które pod koniec życia sprowadzał niemal wyłącznie do motywu kobiecej nagości. Kokietował siebie i innych, że jeśli Bóg nie stworzyłby kobiecych piersi i pośladków, to nie byłoby sensu malować. Z wizualnej przyjemności zrobił fundamentalną zasadę swej sztuki. Jego obrazy mówią tak słońcu, muzyce, radosnej wrzawie. Nawet czerń nigdy nie była u niego kolorem smutku, przeciwnie – potrafił jej nadać wymiar radosny, czyniąc z niej królową kolorów. Widać to na jednym z jego najpiękniejszych obrazów – Le Bal du Moulin de la Galette – z charakterystyczną dużą ilością rados­nej czerni. W knajpie Moulin de la Galette, mieszczącej się na Montmartrze w stodole przy wiatraku, spędzał całe popołudnia i wieczory na piciu, tańczeniu, flirtowaniu i na malowaniu, rozkładając między stolikami swoje sztalugi.

Renoir dystansował się od impresjonizmu, by w końcu z nim zerwać. Swój pędzel kierował wokół tematów manifestujących radość bycia z innymi: taniec, pogodne portrety, uśmiechnięci ludzie zajęci zabawą. – Dla mnie – przyznał – obraz musi być rzeczą radosną, przyjemną, ładną, tak – ładną. Dość jest na świecie rzeczy smutnych i brzydkich, byśmy produkowali ich jeszcze więcej. Jego twórczość to ujmujący uśmiech Arkadii, hymn na cześć pochwały życia.

I właśnie ów uśmiech Arkadii uwiódł René Magritte’a, który zafascynowany Renoirem zapragnął zostać „prorokiem szczęścia”. Zapragnął „radosnej” reformy surrealizmu, przedstawiając Bretonowi (odrzucony przez niego) „Manifest na rzecz surrealizmu w pełnym słońcu”. – Jasna strona życia to obszar, który chcę eksplorować: czarujące rzeczy, kobiety, kwiaty, ptaki, drzewa, atmosferę szczęścia. To potężny urok, jakim chcę zastąpić niepokojącą poezję tkwiącą w mych obrazach – pisał do Eluarda.

Magritte przyjechał do Paryża w 1927 roku. Wynajął mieszkanie niedaleko zamku Vincennes. Nie czuł się tu dobrze; ówczesną stolicę sztuki nazywał pogardliwie Pirasem, choć był to najpłodniejszy okres w jego twórczości. Z czasem stworzył dziesiątki ikon surrealizmu, które na trwałe weszły do masowej wyobraźni. Jak twarz kobiety, która zamiast oczu ma pełny biust, zamiast nosa pępek, zamiast ust owłosienie łonowe (Gwałt). Jak olbrzymie oko, które w miejscu tęczówki mieści białe chmury unoszące się na błękicie nieba (Fałszywe zwierciadło). Jak deszcz czarnych ludzików w melonikach (Golconde). Jak całująca się para z głowami w workach niczym pod całunem (Kochankowie). Jak mężczyzna jedzący czterema rękami (Czarnoksiężnik).

Sam był jak czarnoksiężnik. Wyciągał z kapelusza na płótno rośliny stające się ptakami, a ptaki roślinami, olbrzymie jajko uwięzione w małej klatce, skały i zamki unoszące się nad morzem, palce wyrastające z butów, ludzi z jabłkiem zamiast twarzy, głowy pochowane w welonie, różę wielkości pokoju, a grzebień wielkości łóżka. Do jego ulubionych motywów należały zasłony, cienie, płomienie, pokawałkowane ciała, drzwi otwierane w pustkę. Nieoczekiwanie zestawione wywołują efekt zaskoczenia, absurdu, paradoksu, gdzie noc oświetla błękitne niebo, drewniane kloce przybierają ludzkie oblicze, ptaki kamienieją w locie, a kamienne płomienie dopalających się świec zastygają w bezruchu ulotności. Tajemnica konstytuuje jego twórczość. Każda rzecz ma jakiś element ukryty. Widzialne jest niewidzialne – i na odwrót. Utrata tajemnicy jest końcem uwodzenia, śmiercią – i życia, i sztuki. Ta stylistyka ciągle zachowuje świeżość i nowoczesność, na nowo kopiowana przypomina komputerowe efekty specjalne.

„Tego nie namalował Magritte” – to tytuł jednego z jego obrazów. Bo malarstwo, mawiał, jest obrazem reprodukowanym w nieskończoność. Jak to niebo nad ogrodem Tuileries, przez które wędrują chmury o nieskończenie nowych kształtach i nieskończenie zaskakujących konstelacjach; tu, gdzie czekam na ten jego surrealizm w pełnym słońcu, i radości Renoira.

Bo radość to mądrość życia, która przyjmuje na siebie wszystkie bóle egzystencji. Egzystencjalnie jest głębsza od smutku. Niesie siłę naturalnie nam daną. To znak natury, że obrany kierunek jest dobry.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także