X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Czekając na żydowską bohemę Ecole de Paris – Paryski nie-co-dziennik

Czekając na żydowską bohemę Ecole de Paris – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 13 czerwca 2020

Tak określa się grupę malarzy spoza Francji, głównie pochodzenia żydowskiego, działających w Paryżu w pierwszej połowie XX wieku. Grupa bez precedensu w historii sztuki, współtworząca środowisko ówczesnej światowej stolicy sztuki. Ich twórczość – udręczona, ale i zuchwała – przekraczała nędzę i cierpienie w poszukiwaniu odrobiny absolutu, ładu, radości.

Amadeo Modigliani, Chaim Soutine, Moise Kisling, Marc Chagall, Jules Pascin, Jacques Lipchitz, Mela Muter… Paryskie Muzeum Judaizmu od kilku tygodni chce specjalną ekspozycją oddać hołd tej żydowskiej bohemie przy okazji setnej rocznicy śmierci jednego z nich – Modiglianiego, przypadającej w styczniu tego roku. Chce, a nie może, bo koronawirus blokuje otwarcie wystawy. Ale wirus słowom niegroźny, zwłaszcza pisanym, można więc ich użyć, by przywołać tych artystów tu i teraz. A zatem – z maseczką czy bez – zaczynamy!

Za początek tworzenia się środowiska Ecole de Paris przyjmuje się przybycie do Paryża Jules’a Pascina 24 grudnia 1905 roku. Na dworcu witała go „paryska banda”, która zawiozła 20-letniego malarza na Montparnasse, wynajęła pokój w hotelu Ecoles przy rue Delambre i wręczyła świąteczno-gwiazdkowy prezent – dziewczynę. Aura skandalu towarzyszyła mu przez całe życie. Był utracjuszem, bywalcem knajp „La Rotonde” i „Le Dôme”. Według Hemingwaya wyglądał bardziej na postać z Broadwayu niż na malarza – ubrany na czarno, w czarnym meloniku. Lubił czerń. Dziewczynom, które malował, często kazał wkładać czarne pończochy. Jego obrazy dobrze się sprzedawały, ale on gardził bogactwem i zaszczytami, nie chciał – jak mówił – „być sutenerem malarstwa”. W swych czarnych oczach hulaki i rozpustnika ukrywał ból. Wrażliwość i melancholię maskował humorem. W dniu otwarcia swej wystawy popełnił samobójstwo: najpierw podciął sobie żyły, a gdy śmierć się spóźniała, powiesił się.

Rok po Pascinie, w 1906 roku, przyjechał do Paryża 22-letni Modigliani. Archetyp artysty wyklętego, naznaczonego alkoholem, haszyszem, chorobą. Mało jest postaci tak mitycznych, tak uosabiających to, co przypisuje się bohemie: twórcze szaleństwo, nędzę, pijaństwo, miłość, klątwę mrocznego piękna niedocenionego za życia. Jego portrety ikony są natychmiast rozpoznawalne. Twarze wydłużone, delikatne i zmysłowe jednocześnie. Oczy niewidzące, migdałowate. Maski duszy, kryjące głębię bytu ujawnioną kreską, linią, kolorem. Śmierć dopadła go przedwcześnie, w 36. roku życia. Z Soutinem tworzył podobną parę w historii sztuki jak van Gogh z Gauguinem czy Picasso z Brakiem.

Soutine trafił w Paryżu do słynnego „Ula” (La Ruche) na Montparnassie, gdzie pracownie nazywano „trumnami”, bo były bez wody, światła, ogrzewania. Miał 20 lat. Nie radził sobie. Głodował. Grzebał w śmietnikach. Wynędzniały, zapluskwiony, chorobliwie nieśmiały próbował się powiesić. „Piekło! Co to jest piekło? Czy nie jest to niebo widziane inaczej?”. Jego sztuka jest jak on niepokojąca, iskrząca. Farbę nakładał warstwami – pędzlem, dłonią, palcami. Często niszczył swoje obrazy, palił, ciął nożem, wyrzucał – aż pewnego dnia wydarzył się cud. Próg jego pracowni przekroczył amerykański kolekcjoner Albert Barnes i od razu zakupił 52 obrazy. Soutine z dnia na dzień stał się bogaty. Stać go było na samochód z szoferem – zapomniał, że jest Żydem. Lekceważąc w 1940 roku niebezpieczeństwo grożące mu ze strony nazistów, odmówił wyjazdu do USA. Gdy się ukrywał przed denuncjacją, odezwała się pamiątka zmagań z dawną nędzą – zniszczony żołądek, z powodu perforacji którego umarł.

W La Ruche mieszkał też Chagall naznaczony piętnem dziwaka, „malujący krowy i głowy odłączone od ciała”. Miał 25 lat. Dwa lata wcześniej przyjechał do Paryża. Przez całe życie pielęgnował mit biednego wizjonera, co się żywił główką śledzia pierwszego dnia tygodnia, a w następne dni jego ogonem lub skórkami chleba. Chociaż malował paryskie pejzaże, wciąż wracał do motywów chasydzkiej tradycji. Świat jego sztuki tworzyły fantastyczne krajobrazy, symbole religijne, bożnice z kopułami, mędrcy w chałatach pochyleni nad Talmudem, wiejskie chaty, skrzypek na dachu, panny młode, woziwody, kochankowie szybujący nad dachami, niezwyczajne zwierzęta jak kogut kochanek czy krowa z parasolką. Zawierzył swym sennym marzeniom i stał się sławny.

Do bohemy Ecole de Paris dołączył Kisling, polsko-żydowski malarz, za namową swojego profesora z Akademii Krakowskiej lubiącego powtarzać, że wszystko co stworzone poza Paryżem jest zaprzeczeniem sztuki. Dzięki finansowym sukcesom zyskał miano księcia Montparnasse’u. Hojny, lubiany. Chętnie uczestniczył we włóczęgach po okolicznych barach zakrapianych alkoholem. Był barwną postacią. O jego wyczynach krążyły opowieści. W jego atelier spotykał się cały artystyczny światek. Prowadzili gorączkowe spory o sztuce, upijali się, awanturowali. Krótko dzielił pracownię z Modiglianim, któremu zdjął maskę pośmiertną i zorganizował książęcy pogrzeb. Mimo żydowskiego pochodzenia tematyka żydowska prawie nie istniała w jego twórczości. Francję uczynił nową ojczyzną i żeby się naturalizować, wstąpił do Legii Cudzoziemskiej, walczył, był ranny. Czy był dobrym malarzem? Dla Braque’a był malarzem solidnym, dla Cocteau – doskonałym, dla Pascina – ekscytującym, dla Picassa – wielkim. Ale czy kumplom można wierzyć? Czemu nie? Bo i komu, jak nie kumplom?

Leszek Turkiewicz






Najpopularniejsze

Zobacz także