X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Czekając na Cannes

Czekając na Cannes

Artykuł wprowadzono: 8 maja 2021

Paryski nie-co-dziennik

Mimo że jest już maj, to to płonące niebo nade mną nie może być paryskie. Nie może być nawet canneńskie, choć jest filmowe niczym festiwalowy sen, który w tym roku w maju się nie odbędzie. Rok temu w ogóle się nie odbył, bo najmłodsza z Muz padła ofiarą bandy Koronawirusa, ksywa Pandemiarz. Zagrożenie z ich strony trochę osłabło, skoro największy na świecie festiwal filmu autorskiego jednak się odbędzie, tyle że w lipcu.

Maj będzie bez Cannes. No nie! – przecież w kinie wszystko jest możliwe; film to sztuka śnienia – więc śnijmy. Śnijmy ten sen majowy, czekając na Cannes, bo najważniejsze to bujać w obłokach, jak wierzył Roman Polański, który do kilku koszmarów się przyczynił, a i wiele z nich przeżył. Porównywanie kina do snu jest banalne. Wiem, lecz to nie byle jaka przyjemność posiadać nie swoje sny, ruchome obrazki tkane światłem i cieniem, co mają moc hipnotyczną. Pod osłoną ciemności bezpiecznie doświadczać duchowej wzniosłości i zmysłowej fizyczności, szaleństwa, miłości, zbrodni, wojny, śmierci, zmartwychwstania. Takie piękne kłamstwo, w które chętnie wierzymy – uwodzi, pachnie wolnością, pobudza emocje i myślenie, efektownie układa się w fabuły, obrazy, ruch. Świat czystej możliwości. Świat optycznej ułudy. Świat, co uwalnia pragnienia, obawy, ukryte sensy. W kinie dryfujemy między jawą i snem, rzeczywistością i imaginacją, życiem i śmiercią. Nie ma sensu niszczyć tych złudzeń. To tylko rozszerza pustkę, prowadzi donikąd. Tylko wykreowane życie ma sens, bo widać je w całości, w czasie i przestrzeni zamkniętego kadru.

Ta magia zaczęła się w paryskim Grand Café na Bulwarze Kapucynów 4. Tam z kinematografu braci Auguste’a i Louisa Lumière popłynęły pierwsze ruchome obrazki. Louis miał przewodniczyć pierwszemu festiwalowi w Cannes w 1939 roku, który ze względu na wybuch wojny się nie odbył. Wznowiono go po wojnie. Od tego czasu w Cannes byli nagradzani wszyscy najwięksi twórcy kina, a tym, których z jakichś powodów pominięto, przyznawano honorowe Palmy Palm, tak jak Bergmanowi, Chaplinowi czy Woody’emu Allenowi. Również polski akcent w dziejach festiwalu to piękny kawałek historii polskiego kina. Nagradzano Aleksandra Forda (Piątka z ulicy Barskiej, 1954), Andrzeja Wajdę (Kanał, 1957), Jerzego Kawalerowicza (Matka Joanna od Aniołów, 1961), Andrzeja Munka (Pasażerka, 1964), Wojciecha Hasa (Sanatorium pod Klepsydrą, 1973), Zanussiego, Skolimowskiego, Holland, Kieślowskiego, a trzy lata temu Pawła Pawlikowskiego za reżyserię „Zimnej wojny”. Złote Palmy zdobyli Andrzej Wajda za „Człowieka z żelaza” i Roman Polański za „Pianistę” (Oscara ściganemu przez Interpol reżyserowi tego filmu przywiózł do Paryża Harrison Ford). Ten sam Harrison Ford, któremu we Franticu Polańskiego znika żona z pokoju 402 w paryskim Grand Hotelu przy rue Scribe 2. Amerykanin przemierzył cały Paryż, żeby ją odszukać, co w finałowej scenie w końcu się udaje gdzieś niedaleko wiaduktu Bir-Hakeim, pod którym Marlon Brando dawno, dawno temu spotkał Marie Schneider, by zatańczyć z nią Ostatnie tango w Paryżu w tancbudzie Bertolucciego.

Niebo nad Paryżem jeszcze raz zapłonęło. Jak w kosmicznym poemacie Drzewo życia Terrence’a Malicka, nagrodzonym Złotą Palmą równo dekadę temu. Ten filozof kina, jeden z najbardziej enigmatycznych twórców Holly­woodu, przygotowując się do tego filmu, przez jakiś czas mieszkał w Paryżu. Karkołomne przedsięwzięcie zmontowane w formie zapożyczonej z Ecce Homo Nietzschego. Medytacyjny eksperyment pełen metafizycznych spekulacji i zuchwałych pytań o istotę naszych relacji ze światem, Bogiem, o sens i kierunek ewolucji. Triumfator z Cannes wrzucił sagę rodzinną w kosmiczną ewolucję sięgającą Big Bangu. Jej ulotność losu komentuje alegorią scen w sekwencjach odległych galaktyk, czarnych dziur, wybuchów na słońcu, wulkanów, podziału komórek. Brad Pitt przypomina Jahwe, a Sean Penn – ducha zagubionego w nowoczesnym świecie totalnej egzystencji. Falują trawy, faluje morze – a płonące niebo gaśnie.

Niebo gaśnie też nad wiaduktem Bir-Hakeim, symbolicznym miejscem, gdzie napowietrzne metro wjeżdża z impetem pod ziemię. Takie wejście w ciemność miasta, kobiety, podziemnego świata, co dobrze oddają filmy Leosa Caraxa, którego obraz Annette otworzy tegoroczny, ten wyjątkowo lipcowy, 74. wyścig o Złotą Palmę. Z kim będzie się on ścigał na canneńskim bulwarze Croisette, dowiemy się pod koniec maja. Ten l’enfant terrible du cinéma français nie jest twórcą arcydzieł, lecz z pewnością ody do miejskiego uniwersum Paryża. Jego bohaterowie – outsiderzy, buntownicy, uliczni artyści, przeklęci poeci, bezdomni kochankowie, ludzie bohemy i marginesu – przemierzają to miasto nocą i w pełnym słońcu, eksplorując jego ulice i zakamarki w poszukiwaniu alternatywnego życia. Carax – twórca Kochanków na moście Pont Neuf i odurzającego Holy Motors – uczynił z paryskich peregrynacji obraz magiczny. Rozmywa się, staje się nieczytelny, pokazują się jakieś esy-floresy oraz wytrącający z sennego marzenia napis: Dużo słońca! Nie tylko wtedy, gdy nadejdzie czarna noc – a przecież nadejdzie. Cd. w lipcu. The End.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także