X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Cicha moc – Paryski nie-co-dziennik

Cicha moc – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 21 grudnia 2019

„Głupio nie mieć nadziei” – pisał Hemingway. To taka cicha moc. Taka mała dziewczynka, która przychodzi w wigilię Bożego Narodzenia. Łączy nas z sobą i całym światem, chroni przed tyranią przypadku. „Nie, nie mam wiary innej niż ta szalona nadzieja”, przyznał francuski akademik Jean d’Ormesson. Są tacy, co nazywają ją transcendencją albo naturalną racją bytu natury ludzkiej, inni – matką głupich; dobrym śniadaniem, ale kiepską wieczerzą.

Przed nami ów świąteczny czas nadziei. Niewielu paryżan szuka jej w kościele. Francja dechrystianizuje się, ta najstarsza córa Kościoła, gdzie już w II wieku wprowadzono chrześcijaństwo; choć w Pałacu Elizejskim ciągle jest kaplica, która służyła de Gaulle’owi. Inni prezydenci pobierali nauki w szkołach katolickich. Chirac nazywał Francję „chrześcijańską ziemią”, a Macron ochrzcił się w wieku 12 lat i to wbrew woli ojca. Jeszcze filozof ateusz Jean-Paul Sartre pisał: „Wszyscy jesteśmy katolikami”. Dziś francuski katolicyzm staje się niszowy – ale nie nadzieja. Ona nie zanika. Jest jak energia, co zmienia formę, jak nowe paliwo w naszym statusie bycia w drodze. Jej fenomen rodzi nową duchowość, w której wszystkie wierzenia są możliwe. Duchowość w wersji open, dla każdego: tych, co uznają autorytet Kościoła i tych, co od dawna albo od zawsze są do niego w opozycji. Duchowość orientalna, synkretyczna, agnostyczna, nawet ateistyczna, na miarę każdego, kto docieka sensu swego życia. Co trzeci Francuz jest na drodze takiej duchowości. A inni? Czy cierpią na deficyt nadziei?

Dziwna epoka. Dziwny kraj. Dziwni ludzie. Nigdy nie żyliśmy tak długo, tak dobrze. Nigdy tyle nie produkowaliśmy, tyle nie konsumowaliśmy, nie byliśmy tak wolni. Ale to nie wystarcza. Morale jest kruche, nadzieja też. Tyle lęku, pesymizmu, niezadowolenia. Potrzebujemy zaufania i nadziei – czytam w „Le Monde des Religions”. Świat tak przyspieszył, że nadzieja z trudem nadąża. Nigdy nie było takiego tempa zmian i – chcemy czy nie – wszystko będzie inaczej; nikt nie wie jak. Nikt nie wie, jaki świat wyłoni się z tej „trzeciej wojny światowej w kawałkach”, która według papieża Franciszka już trwa.

Wiara, zwątpienie, niewiara – istnieją obok siebie. Zawsze tak było, lecz dziś różne formy ateizmu stają się zjawiskiem dominującym. Często łączy się je z rozwojem nauki, poczuciem potęgi płynącej z postępu techniki. Tworzy się etos człowieka wyniosłego, o wysokim stopniu pewności siebie, panującego nad przyrodą, własnym ciałem, swoim lękiem; etos gubiący człowieka konkretnego: świadomego swojej jednostkowości, niepowtarzalności, stawiającego pytania fundamentalne o sens życia. Szybki postęp naukowy ani nie tłumi, ani nie rozstrzyga tych kwestii, a jedynie wyostrza pytania o egzystencjalny sens osoby ludzkiej, o „wyższą racjonalność”.

Kościół, świadom kurczenia się swych wpływów, już dawno odrzucił konfrontację z niewierzącymi, uznając za konieczne wzajemne zbliżenie i dialog. Nawiązał do starej zasady, według której każda dusza ludzka jest „z natury chrześcijańska”, co jest tematem Konstytucji pastoralnej „O Kościele w świecie współczesnym”, zwanej od pierwszych jej słów: „Gaudium et spes” (radość i nadzieja). Przyznaje, że: „wiele skorzystał i może korzystać z opozycji tych, którzy mu się sprzeciwiają” (KP 41).

Ponieważ formalny chrzest nie czyni jeszcze człowieka lepszym, godnym zbawienia, przywołuje się ideę „anonimowego chrześcijaństwa”, która wyraża nadzieję, że wszyscy, także ci wyraźnie negujący wiarę chrześcijańską, a nawet istnienie Boga, osiągną zbawienie przez wiarę chrześcijańską wyraźnie nieuświadomioną, jeśli zgodnie z nauką Chrystusa realizują jego postawę miłości. Misja pojednania między wszystkimi ludźmi wpisana jest bowiem w posłannictwo Kościoła („Nie masz Greczyna ani Żyda u Boga”). Wierzący i niewierzący winni pomóc sobie wzajemnie w wyzbyciu się fałszywego obrazu Boga, jak i wszelkich ludzkich bożków, a najlepszym terenem ich spotkania będzie rywalizacja w czynieniu dobra i w przeciwstawianiu się złu.

Nie ma formuły świata. Nie ma nic bardziej absurdalnego niż Bóg – i dlatego wierzę. Rozumiał to już 200 lat przed świętym Augustynem pewien chrześcijański apologeta przez Ormessona przywołany: Credo quia absurdum – Wierzę, bo to niedorzeczność.

I – pod kościołem Saint-Germain-des-Prés, gdzie pochowano Kartezjusza – stała się muzyka: Boga zamyślenie, żeby zacytować paryskiego poetę Krzysztofa Jeżewskiego. Nie żadna „Msza h-moll” Bacha, żaden „Mesjasz” Haendla czy jakieś „Merry Christmas Everyone”, ale proste, szarpane na gitarze, uliczne zawodzenie: „Każdy nowy dzień głęboką nocą się zaczyna. I nawet jeśli niebo zmęczyło się błękitem, nie gaś nigdy światła nadziei”. To chyba Bob Dylan. Skądinąd noblista. OK, nie zgaszę, czego też wszystkim życzę. Ona pcha ku życiu, buduje sens, wspólnotę: rodzinną, społeczną, ba, może i planetarną. Zwłaszcza ta w tę noc grudniową, ta z twarzą dziecka. Wiem, wiem, Mistrzu: „Trzeba zawsze myśleć tak, jakby Bóg istniał, i zawsze działać tak, jakby nie istniał. Wtedy jest dobrze. Wtedy życie jest jasne i proste, bo składa się tylko z tajemnicy”.

A nadzieja? Głupio jej nie mieć. Na pewno lepiej z nią zaczynać, niż bez niej kończyć. Choinki przystrojone. Stoły zastawione. Więc: śnijmy ten sen. Śnijmy do końca.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także