X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Chiński sen tygrysa

Chiński sen tygrysa

Artykuł wprowadzono: 31 stycznia 2022

Paryski nie-co-dziennik

700 milionów Chińczyków i ja, i ja, i ja… – śpiewał Jacques Dutronc w latach 60., kiedy Francja de Gaulle’a wprawiła w osłupienie świat, uznając jako pierwsze państwo Zachodu Chiny Mao Zedonga i nawiązując z nimi stosunki dyplomatyczne. Dziś liczba Chińczyków się podwoiła. Sprawdza się też przestroga Napoleona, że jak chiński smok się przebudzi, to zatrzęsie światem. Na razie przez dwa tygodnie świętuje Nowy Rok chiński rozpoczynający się 1 lutego; Rok Tygrysa, którego żywiołem jest woda.

W tym Roku Tygrysa minie 50 lat od wizyty Nixona w Pekinie, inicjującej otwarcie Ameryki na Chiny, oraz 25 lat od śmierci Deng Xiaopinga, który Chiny otworzył na świat, na gospodarkę rynkową. To także rok, w którym kończy się pierwsze dziesięciolecie panowania Xi Jinpinga, skupiającego w swoim majestacie oświeconego przewodniczącego tyle władzy, ile przed nim miał tylko Mao. Xi, bliski dyktatury doskonałej, jest coraz bardziej apodyktyczny w geopolitycznej grze o wielkie Chiny, czyli o nowy świat. Zapowiedział nadejście renesansu chińskiej cywilizacji i Państwa Środka jako rzeczywistego centrum świata – China Dream, który wyprze American Dream.

U paryżan słowo Chinois (Chińczyk) to synonim zarówno przedsiębiorczości, jak i przebiegłości: „Słabo się asymilują, ich nacjonalizm jest nieprzejednany, choć ugrzeczniony, mają własny system finansowego wsparcia, wykupują wszystko, przejmują kolejne kwartały miasta”. Społeczność chińska zamieszkuje już dziewięć paryskich skupisk miejskich. Najstarsze jest w dzielnicy Marais, najbardziej ludyczne w Bellville, a największe – Chinatown – znajduje się w sercu XIII dzielnicy miasta. Tam nastoletni Deng Xiaoping uczył się, pracował, nasiąkał marksizmem, obserwował zło kapitalizmu, podziwiał biznesowe talenty rodaków. Tam jadę.

Wychodzę z metra Porte d’Ivry. Trzydziestopiętrowe mrówkowce z tysiącami Chińczyków. Wieżowce noszą nazwy miast olimpijskich: Olimpia, Ateny, Meksyk, Sapporo, Grenoble… Kto wie, może będzie i Pekin po igrzys­kach zimowych? Zaczynają się trzy dni po chińskim Nowym Roku. Przede mną pasaż rue du Disque. Jest częścią krwiobiegu Olympiades, sieci ulic podziemnych, które noszą nazwy olimpijskich dyscyplin. Zatłuszczone betonowe mury w miejscu dawnego dworca, ślady peronów, torów. Wagony zastąpiły ciężarówki z górą ryżu, egzotycznych warzyw i owoców. Ulica Disque kreśli pod ziemią krzywą jak po olimpijskim rzucie dyskiem, by się połączyć z naziemną aleją Ivry. Na szyldach restauracji i sklepów chińskie ideogramy. Dachy jak pagody. Świecą czerwone lampiony, które symbolizują dobroczynną moc, radość i szczęście, a ich światło – ciągłość życia.

Po sprawdzeniu covidowego certyfikatu wchodzę do chińskiego baru. Zapach pierożków jiaozi miesza się z „pachnącym portem”, czyli Hongkongiem, jak tłumaczy się nazwę miasta, którego prospekt leży na stole. Przy herbacie o równie pobudzającej wyobraźnię nazwie „nefrytowa spirala wiosny” przeglądam teksty sinologów: Niquet, Góralczyk, Godemont – Francuza „Chiny u naszych bram, strategia dla Europy”, „Słowa Xi Jinpinga”. Czytam, jak to covidowy krach przyśpieszył utratę przez Hongkong autonomii zgodnej z formułą Denga „jeden kraj, dwa systemy”, która miała obowiązywać do 2047 roku. Ta oaza chińskiej wolności zostanie włączona do największego na świecie magalopolis, obok Makao, Kantonu, Shenzhen i innych molochów połączonych oceanicznym megamostem. Został ostatni rubikon: amerykański lotniskowiec na Pacyfiku – Tajwan. Xi Jinping nie pyta „czy?”, ale „kiedy?”.

Wojna handlowa, medialna, wojna o cyfrowe technologie już trwa. Chiny są największym przeciwnikiem w historii Ameryki. Skończył się czas zaangażowania, kończy czas rywalizacji, zaczyna czas siły. Nie obowiązuje już strategia Denga – czujnej bierności, ukrywania swoich możliwości, nabierania sił i czekania na właściwy moment fatalnych błędów przeciwnika. Stany Zjednoczone i Chiny krok po kroku rozmontowują dekady wzajemnych relacji, zmierzają do punktu, z którego nie ma powrotu – diagnozuje stan rzeczy New York Times. Jedyna dziedzina, w jakiej USA mają jeszcze zdecydowaną przewagę nad Chinami, to broń atomowa, co chiński minister obrony Wei Fenghe skwitował oświadczeniem: „Bezpieczeństwo narodowe Chin weszło w fazę wysokiego ryzyka, musimy wzmocnić gotowość do wojny, ulepszyć strategiczne zdolności do odniesienia zwycięstwa”. A oświecony Xi obiecał taką modernizację sił zbrojnych, że Chiny zdołają wygrać wszystkie wojny na wszystkich teatrach działań wojennych świata: „Nie chcemy wojny, ale się jej nie boimy. Jeśli jakiś kraj chce z Chin uczynić sobie wroga, to mogę zapewnić, że wrogiem będziemy wyśmienitym”. Historia przyśpiesza. Wirus wywraca światowy porządek.

Wzmocniony „nefrytową spiralą wios­ny” (chiński Nowy Rok to święto wios­ny) błąkam się po tym krwiobiegu „Olimpiad” paryskiej Chinatown. Ulice totemami ozdobione przypominają mi o pewnym porzekadle sinologów: kto w Chinach był przez tydzień, ten pisze książkę, kto był przez miesiąc – artykuł, a kto przez rok, nie pisze już nic, bo o Państwie Środka już nic nie wie. Byłem miesiąc, więc… swoje zrobiłem. Teraz idę za odgłosem bębnów. Foldery reklamują kursy mandaryńskiego, kuchni chińskiej, kung-fu. I tylko ten śpiewny muzak Dutronca zupełnie jest tu obcy: Il est cinq heures, Paris s’éveille, Paris s’éveille…

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także