X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

„Charlie Hebdo” w rok później – Tygodnik Angora

„Charlie Hebdo” w rok później – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 13 stycznia 2016

7 stycznia 2015 roku. W redakcji tygodnika „Charlie Hebdo” ginie jedenaście osób, terroryści zabijają na ulicy policjanta. Trzech Króli 2016. W kioskach w milionowym nakładzie ukazuje się „Charlie Hebdo”. Nie rozejdzie się tak, jak ten wtedy, po zamachu, kiedy ludzie wyrywali go sobie z rąk, ale i tak wprowadzi ogromny zamęt na świecie. I spowoduje chęć zemsty.



Na okładce brodaty Pan Bóg, w szacie zbrukanej krwią biegnie z kałaszem na plecach. „Zabójca wciąż umyka” – głosi tytuł. Oburzenie w Watykanie. Australijskie media pytają, czy nie czas porzucić stwierdzenie sprzed roku, że „Wszyscy jesteśmy Charlie”. „Poszłam do tego samego kiosku co rok temu i kupiłam gazetę. To mój obowiązek” – mówi paryżanka z XII dzielnicy. Następcy tych, których zamordowano w masakrze sprzed roku, są wierni ich posłaniu: prowokować, walić bez litości w każdą religię, od buddyzmu po katolicyzm i islam, oraz we wszystko to, co zagraża republikańskim wartościom laickiego państwa, czyli we Front Narodowy Marine Le Pen też. W tej chwili główny cel ataków to islam. „Potrzebny jest nam sygnał wyciszenia, oddechu. W tych czasach nie wolno podsycać ognia, a te rysunki to właśnie robią” – mówi Anuar Kbibesz, przewodniczący Francuskiej Rady Kultu Muzułmańskiego. Karykatury „Charlie Hebdo” nigdy nie wzbudzały zachwytów wierzących.

Topór rzeźnika
Około południa, 7 stycznia, mniej więcej o tej samej porze, co w ubiegłym roku stało się w redakcji tygodnika satyrycznego, na wąskiej, wybrukowanej kostką uliczce w XVIII dzielnicy Paryża pojawił się mężczyzna. Nie reagował na wezwania stojących przed wejściem na posterunek policji dwóch funkcjonariuszy. Wyszarpnął zza pazuchy topór, którym rzeźnicy ćwiartują kawały mięsa. Rzucił się na policjanta. Ranił go. Funkcjonariusze nie bawili się w strzelanie w powietrze. Trzykrotnie trafili napastnika. Ten upadł na chodnik. W ciągu kilku minut zmarł w wyniku obrażeń. Natychmiast cały rejon został oddzielony od reszty dzielnicy. Strażacy saperzy pojawili się z robotem do detonacji bomb. Napastnik miał dookoła ciała obwiązaną atrapę – kieszenie, z których wystawały kable. Policjanci z psami szkolonymi do wykrywania ładunków wybuchowych starannie sprawdzali wszystkie zaparkowane w pobliżu samochody. Podejrzewano, że napastnik miał wsparcie i „ten drugi” miałby podłożyć bombę. Mieszkańcy nie mogą wchodzić do swoich domów. Dzieci zamknięto w przedszkolu po sąsiedzku. Na skrzyżowaniach dziesiątki policjantów, żandarmów i jednostek antyterrorystycznych. Wstrzymano kursowanie linii metra. Nieczynna jest kolejka na Montmartre. O 13.50 policjanci znajdują topór. Napastnik nie ma żadnych dokumentów. Nie wiadomo, kto to jest. 14.35. Policja znalazła telefon komórkowy terrorysty. Odciski palców pozwalają ustalić, że jest to 20-letni Marokańczyk urodzony w Casablance. Trzy lata temu brał udział w zbiorowym napadzie na południu Francji. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów, pozwalających na jego identyfikację. Powiedział wtedy żandarmom i sądowi, że nazywa się Sallah Ali. I jako taki został wpisany do rejestru archiwów policji. Teraz odczytanie jego linii papilarnych było dla francuskiej policji banalnym zabiegiem. Tyle że prowadziło na „ślepy tor”. Chłopak wtedy kłamał. Teraz znaleziono przy nim dwie kartki: jedna z własnoręcznie namalowaną flagą Państwa Islamskiego i list. Wyjaśnia w nim, że chce pomścić ofiary nalotów na dżihadystów w Syrii. Tekst rozpoczyna się zdaniem w języku francuskim: „Jestem Abu Dżihad, Tarek Belgacem z Tunezji”. Mieszkająca w tym kraju osoba z jego rodziny skontaktowała się z francuską policją, mówiąc, że rozpoznała go na zdjęciu pokazanym w telewizji. Wkrótce paryska brygada kryminalna otrzymała kilka podobnych telefonów z Tunezji od bliskich Tareka. „Tak, to jest on” – mówili francuskiej policji, widząc na zdjęciach swojego krewnego. Policjanci z XVIII dzielnicy twierdzili, że napastnik krzyczał: „Allah akbar” – „Allah jest wielki”. Mieszkańcy byli innego zdania. Tyle że to jest bardzo specjalna dzielnica.

Mój Barbes intymny
Ta część osiemnastki, opadająca na wschód po zboczach Montmartre’u, to pogrążenie się w Magreb i Czarną Afrykę. Mieszkałem tutaj przez trzy lata. Przejście ze stacji metra do domu powinno zająć dziesięć minut, zajmowało godzinę. Wszędzie trzeba było zajrzeć. Każdemu uścisnąć dłoń. Inaczej biały w tej dzielnicy nie miał szans na przeżycie. Tu się nie mówiło „bonjour”, ale „salem alejkum – alejkum salam”. Tutaj nie komentowano listy przebojów francuskich, lecz układano własną, piosenek afrykańskich. To tutaj, gdy w środku nocy jechałem do pracy, z taksówki wyciągnął mnie policjant, grożąc pistoletem. Wziął mnie za terrorystę, bo miałem brodę. Kiedyś władze wybudowały tutaj gigantyczne prosektorium. Dzisiaj mieści się w nim ogromne centrum kultury. Potem mieszkali na Barbesie Polacy i emigranci z Europy Wschodniej. Teraz kupisz tutaj najlepszy kuskus, maski Zuluzów, ślimaki z Kenii. I od handlarzy marychę, niemal na oczach policjantów, siedzących w sukach zaparkowanych dzień i noc na bulwarze. Obok posterunku, zaatakowanego przez tunezyjskiego terrorystę, jest kawiarnia. „Byliśmy tutaj, żeby napić się kawy, gdy to wszystko się zaczęło” – mówi jeden z bywalców. I zaraz dodaje: – „Ten facet wcale nie krzyczał Allah akbar. Nie miał żadnej broni”. Ramionami wzrusza mieszkanka sąsiedniego budynku. „Owszem, to straszne, że to wydarzyło się u drzwi mojego bloku, ale on nie miał żadnej broni”. Na filmie, nakręconym przez anonimowego autora, widać wyraźnie potężny toporek. „Ale to jest Barbes” – wyjaśnia jeden z prowadzących dochodzenie. – „To jest państwo w państwie. Miasto w mieście. Ci ludzie to w większości muzułmanie, dla których okrzyk, że Allah jest wielki, jest świętością. Nie są wiarygodnymi świadkami”.

Metoda ministra
Władze francuskie na lewicy i prawicy, poza Frontem Narodowym, przypominały „troskliwe misie”. Trzeba głaskać po głowie „tych biedaków”, bo mają gorsze warunki rozwoju, edukacji, a poza tym, bo ciąży na nich jarzmo kolonializmu, za który to okres Francja bardzo się wstydzi i zgodnie z zasadami poprawności, który uznaje za „be”. Nie było reakcji po tragedii w Tuluzie, gdy fanatyk islamski zamordował kilku żołnierzy i dzieci ze szkoły żydowskiej. Ale przelało się po masakrze w „Charlie Hebdo”. Bernard Cazeneuve, szef resortu spraw wewnętrznych, na 22.30 wezwał do pałacu Beauvau szefów wywiadu, policji i żandarmerii. – „Musicie się dogadać. Dopóki tego nie zrobicie, to tutaj zostajecie. Ja wychodzę do mojego biura obok” – powiedział. I dodał: „To nie kontrwywiad wewnętrzny, zewnętrzny wywiad złapał morderców z «Charlie Hebdo» – to zrobiła Republika”. Bo do tej pory w służbach specjalnych panowała taka rywalizacja, że jedni ukrywali istotne dla dobra państwa informacje przed drugimi. A terroryści zacierali ręce. To się skończyło. Zaczęła się wymiana tego, co każda służba wie. Ale nie skończyło się zagrożenie terroryzmem.
Marek Brzeziński






Najpopularniejsze

Zobacz także