X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Bonaparte, Szopen, Hemingway…

Artykuł wprowadzono: 15 stycznia 2023

Co łączy tych arcyosobników? Co… Jedno z najbardziej luksusowych miejsc na świecie. Plac Vendôme. Królewski, ośmiokątny plac zabudowany trzypiętrowymi pałacami z arkadami i charakterystycznymi dla Paryża mansardowymi dachami. Centrum francuskiej biżuterii. W witrynach złoto, perły, brylanty… Dior, Cartier, Chanel… Bonaparte poślubił tu Józefinę, Szopen wynajął ostatni apartament, Heming­way wymyślił Krwawą Mary.

Plac zdominowany jest przez kopię kolumny Trajana, na której stoi posąg Napoleona w rzymskim stroju cesarza. Kiedy mówię „miasto”, myślę Paryż – wspominał „bóg wojny” (okreś­lenie Clausewitza) swoje zdobycze, studząc emocje jednym z finezyjnych bon motów, w rodzaju: entuzjazm to delirium rozumu. Niedaleko Vendôme zaczęła się jego kariera nowożytnego Juliusza Cezara w chłodną noc 22 listopada 1787 roku. On, 18-latek, ledwo mianowany oficer artylerii. Ona skromna dziewka o bladym licu i miłym głosie. Jego pierwsza zdobycz pośród licznych żon oficerów, arystokratek, aktorek, prostych dziewczyn. Po tym doświadczeniu krzyczał już po każdej wygranej bitwie: K o b i e t y! Potrzebuję kobiety. Z czasem ujął to bardziej finezyjnie: władza jest kochanką, a opinia publiczna dziwką.

Kilka lat po tym dziewiczym akcie, również obok placu Vendôme, już jako generał artylerii rozkazał rozstrzelać zbuntowanych rojalistów na schodach kościoła św. Rocha. Dokonał wojskowego zamachu stanu i koronował się w Notre Dame na cesarza Francuzów w obecności papieża Piusa VII. Kobiety do dziś przy nim stoją. Dwanaście kobiecych posągów pilnuje szczątków cesarza. Przywołują nie tylko dwanaście zwycięskich kampanii, ale i jego uwielbienie dla kobiet.

Szopen też był kochliwy, ale na ciele słabowity – kaszlał, dusił się, pluł krwią. Jego kobiece namiętności przyniosły mu więcej udręki niż miłosnej rozkoszy. Związek z George Sand (w jej letnim domu w Nohant skomponował dwie trzecie swych arcydzieł) zmienił się w przyjaźń, która także się rozpadła i pisarka nie była nawet na jego pogrzebie. Szopena oświadczyny Marii Wodzińskiej zostały odrzucone, a Delfina Potocka okazała się Don Juanem w spódnicy. Ostatnia miłość Fryderyka – jego uczennica, Szkotka Jane Stirling – mogła już tylko zostać wdową po mistrzu, ale nie została. Nie zdążyła. Chopinsky, jak go nazywała George Sand, zmarł w mieszkaniu przy placu Vendôme 12. To jego dziewiąty adres paryski. Apartament na drugim piętrze od podwórza, w którym spędził ostatnie trzy tygodnie życia. Składał się z pięciu pokojów, ale Szopen zajmował tylko jeden, ten z łóżkiem, którego prawie nie opuszczał; nie miał już siły.

Genialny autor mazurków, walców, nokturnów, sonat, etiud, ballad, polonezów nie założył rodziny, nie miał dzieci. Fortepian był jego żywym organizmem. Jemu się zwierzał. Chip, Chop, Chopinet, jak jeszcze inaczej nazywała kochanka George Sand, pisał: W Paryżu jest wszystko. Najwyborniejszy luksus i najgorszy brud, największa cnota i największy występek. Można zniknąć w tym raju (…) najlepszych kompozytorów. On nie zniknął, on zdobył to Pianopolis, robiąc światową karierę. Pierwszy akord lekki, dalej jest gwałtownie, znowu lirycznie, powściągliwie, raz patos, raz ból. Dźwięki rozbłysły… i nie przebrzmiały jak jego krótkie życie. Paryż był świętem Szopena.

Jak i Ernesta Hemingwaya, który większą część życia spędził poza USA, karmiąc swą twórczość podróżą. Obywatel świata. „Paryż jest świętem” to jego ostatnie dzieło, zdaniem krytyków jedna z najlepszych książek amerykańskiego pisarza. Mawiał, że wojna była jego muzą, a śmierć – dziwką. Kochał życie, przygodę, męstwo, a bał się pustej kartki przed sobą, choć zdobył i Nobla, i Pulitzera. Miał 18 lat, kiedy pierwszy raz przyjechał do Paryża w 1918 roku.

W 1921 roku został tu na dłużej. To był czas, kiedy całe dnie spędzał na pisaniu, a noce na piciu w Closerie de Lilas na Montparnassie, kiedy w zamian za lekcje boksu poeta Ezra Pound robił korektę jego tekstów, kiedy stał się protegowanym Joyce’a, który właśnie opublikował „Ulissesa”, kiedy poznał Picassa, Miró, Grisa, kiedy przyjaźnił się z kelnerami i był powiernikiem prostytutek, kiedy wędrował od baru do baru, zagryzając whisky cebulą i ochrypłym głosem oswajał nadsekwańskie koty. To był czas „straconego pokolenia” (lost generation), jak Gertruda Stein nazwała amerykańskich pisarzy walczących w Europie podczas pierwszej wojny światowej, określenie rozszerzone na całe pokolenie wojenne, którego manifestem była debiutancka powieść Hemingwaya – „Słońce też wschodzi”.

Jeśli mieliście szczęście przeżyć młodość w Paryżu, to gdziekolwiek resztę życia spędzicie, Paryż będzie waszym świętem – pisał Hemingway. W 1944 roku wrócił nad Sekwanę z wojskami aliantów lądującymi w Normandii. Wyzwalał podparyskie Rambouillet, łamiąc tym postanowienia konwencji genewskiej obowiązujące korespondenta wojennego, za co był sądzony. Wkraczając do Paryża, jego „komando” oswobodziło hotel Ritz przy placu Vendôme 15. Mieszkali tu Proust, Valentino, Chaplin, Greta Garbo, Marlena Dietrich, Coco Chanel (30 lat), Elton John czy księżna Diana, która wyruszyła stąd – z Dodim Al-Faye­dem, synem właściciela hotelu – i zginęła w tunelu, niedaleko placu Alma.

Tylko w niebie będzie jak w Ritzu – pisał Hemingway, gdzie w hotelowym barze do dziś krąży duch pisarza. Tam spotkał dziennikarkę Mary Welsh, której imieniem Krwawa Mary nazwał popularny koktajl alkoholowo-pomidorowy. Została jego czwartą żoną. Miał wszystko: miłość, pieniądze, sławę, także swoje demony, dotknięty depresją, z którą walczył przez całe życie. Walcz, nawet w przegranej sprawie. Gdy wygrywał, żył zuchwale. Morze falujących słów zostawił. Patrz, słuchaj, poczuj. Jest tylko to teraz; nic więcej, jedno jedyne 

t e r a z.

Leszek Turkiewicz




Najpopularniejsze

Zobacz także