X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Biedroń alias Macron – Paryski nie-co-dziennik

Biedroń alias Macron – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 29 września 2018

Niedawno Marine Le Pen wyraziła przekonanie, że jej polityczne idee są już u władzy, tyle tylko że nie we Francji, a w Polsce. Jak wiadomo, to młody outsider Emmanuel Macron nie dopuścił do władzy liderki skrajnej prawicy, wygrywając z nią w drugiej turze wyborów prezydenckich.

A czy kreowany na polskiego Macrona Robert Biedroń, strategicznie, programowo i wizerunkowo wzorujący się na politycznym fenomenie Francuza, odsunie od władzy ekipę Kaczyńskiego?

Macron w kilkanaście miesięcy wyprzedził i lewicę, i prawicę, obezwładnił ekstremistów i jako ostatni bastion obrony przed nacjonalistyczną rewoltą Le Pen został najmłodszym prezydentem Francji. Rok starszy od niego Biedroń też ma kilkanaście miesięcy, żeby zostać premierem, co otwarcie zapowiedział. O ich podobieństwach pisałem w tym miejscu przed rokiem (My name is Macron), zanim zaczęto porównywać polityczne osobowości tych obu zdeklarowanych progresistów. Przypomnijmy tamten „macronizm” tak chętnie łączony dziś z rodzącym się w cieniu wyborów samorządowych „biedronizmem”.

Znany francuski psychiatra Boris Cyrulik nazwał fenomen Macrona epidemią wiary zranionego narodu, który w zbiorowym odruchu nadziei wcis­nął tego „proeuropejskiego globalistę bez kompleksów” w kostium wybawcy. Przekonywał, że jego sukces (z którym dwa lata pracował) to bardziej przypadek psychosocjologiczny niż polityczny, że to epidemia społecznej iluzji otworzyła mu drogę do władzy ponad skostniałymi partiami tradycyjnej lewicy i prawicy. Odwołując się do nowoczesności i postępu, przyciągnął tłumy śmiałością cudownego młodzieńca, któremu wszystko się udaje. Przypominał politycznego pięknoducha, prototyp filmowego amanta uwodzącego młodością, energią, wdziękiem, elegancją, inteligencją, nadzieją i optymiz­mem. I tak, wsparty małą grupą zdeterminowanych i oddanych sobie ludzi, niczym oświecony leninista na fali epidemii wiary w inną przyszłość podniósł władzę upadającą na bruk.

Szeroka publiczność dowiedziała się o istnieniu Macrona dopiero trzy lata przed wyborami, kiedy prezydent Hollande wyciągnął go z politycznego niebytu i zrobił ministrem gospodarki. Dzięki nietypowej historii miłosnej, jaką wniósł na polityczną scenę, od razu stał się znany, wzbudzając powszechną ciekawość. Żartował, że skoro zdobył serce starszej o 24 lata kobiety, to i Francja nie będzie stawiać oporu. Pojawiły się plotki, że jego małżeństwo to alibi geja potajemnie spotykającego się z Mathieu Galletem, szefem Radia France, czemu zaprzeczała żona Brigitte, coraz mocniej trzymając Macrona za rękę. Sarkozy mówił o nim, że to „trochę mężczyzna, trochę kobieta, Androgyne”, a Le Guen, że jest niczym „California dream, grzeczny dla każdego”.

Jak nowy „apostoł życzliwości” Macron szukał zgody ze wszystkimi w czasach, jak głosił, zmierzchu tradycyjnych partii. Uwolnił się od starych schematów i ideologii, wnosząc do polityki młodość i nadzieję oraz alternatywę dla populizmu, choć sam balansował na jego granicy. Ten błyskotliwy pragmatyk o przekonaniach proeuropejskich wzniósł się ponad main­streamowe partie. Założył ruch społeczny „Idąc naprzód” (En marche), który, co programowo podkreślał, nie jest ani lewicą, ani prawicą, a alternatywą dla śmierci partiokracji i cynizmu politycznego establishmentu. Ze względów strategicznych swój program ogłosił dopiero dwa miesiące przed końcem kampanii prezydenckiej; program ani nadto wyrazisty, ani precyzyjny.

„Nasze marzenia są nie do zatrzymania”, „Marzy nam się projekt stworzony z ludźmi”, „Polska powinna być domem dla wszystkich” – tak, to już oczywiście Biedroń, ale brzmi jak przedwyborczy Macron. Polski Macron również chce działać ponad podziałami, podając w wątpliwość tradycyjny podział sceny politycznej na prawicę i lewicę; również szuka zgody ze wszystkimi, grzeczny, koncyliacyjny, stara się nikogo do siebie nie zrażać, być miłym dla wszystkich, nawet dla Ruchu Narodowego czy o. Rydzyka; również zapowiada nowy, alternatywny sposób uprawiania polityki, oparty na wiarygodności, nadziei, zmianie pokoleniowej; również unika jednoznacznych deklaracji programowych, uważając za strategiczny atut balansowanie między pragmatyzmem i ideowością, deklarując współtworzenie programu z wyborcami, przedkładając nad polityczną tożsamość polityczny uniwersalizm, bo program nie jest ważny, ważne jest pospolite ruszenie.




„Żeby zmienić Polskę, muszę zostać premierem”, „Na jesieni przyszłego roku wystawię drużynę, która wygra wybory”, „Udowodnię, że to się da zrobić”. I owszem, to się da zrobić, ale tylko ten jeden raz – za rok. Później koniunktura polityczna na pospolite ruszenie à la Macron straci swój walor nowości i minie jak minęła w ojczyźnie francuskiego herolda postępu. Paradoksalnie młody Biedroń nie ma dużo czasu, by „Zmienić Polskę, zmienić oblicze tej ziemi”, jak parafrazuje autorytet papieża. Choć skądinąd wiemy, że wszystko jest możliwe, jak i to, że to, co najgorsze, nigdy nie jest pewne, czyli – nic nie wiemy; no, może prócz jednego: że nie uciekniemy od polityki, bo niepolityki nigdzie nie ma.






Najpopularniejsze

Zobacz także