X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

Atak wyobraźni – Paryski nie-co-dziennik – Tygodnik Angora

Atak wyobraźni – Paryski nie-co-dziennik – Tygodnik Angora

Artykuł wprowadzono: 11 lipca 2015

Tak! Potrzeba nam wyobraźni. Bądź kropą, kropką, kropeczką. Bądź początkiem i końcem świata. Bądź uśmiechniętym kamieniem albo krową w pończochach lub karaluchem saksofonistą. Im bardziej absurdalnie, abstrakcyjnie, groteskowo – tym lepiej.


Co to za wygłupy? To teatr improwizowany. Trafił do Francji, gdzie organizuje spektakle i warsztaty również dla ludzi spoza sceny. Jeden z tych teatrów, paryski IMPROvise! wybiera się do miasta, którego mieszkańcy od kilkudziesięciu lat nie używają słowa „lipiec”, a „miesiąc festiwalu”, wtedy cały Awinion zmienia się w największą na świecie półmilionową scenę. Aktorzy Impro już pakują wędrowne torby swymi historiami zrodzonymi na styku życia i wyobraźni.

Twórcą pomysłu teatru improwizowanego jest Keith Johnstone, angielski reżyser znany z nowatorskiego podejścia do widowiska teatralnego. Celem jego formuły jest przede wszystkim zabawa i przyjemność, na scenie i w życiu, a metodą – technika improwizacji ułatwiająca poddanie się twórczemu instynktowi, uwalniającemu indywidualny, zazwyczaj ukryty potencjał. Nie ma tu reżysera, nie ma dramaturga, nie ma gotowych ról i wyuczonego tekstu. To podróż w nieznane, której wehikułem jest spontaniczna improwizacja. Ona wyznacza trasę za każdym razem inną, przy aktywnym udziale widowni, która decyduje o przebiegu przedstawienia. Stąd wszystko, co dzieje się na scenie, jest tworzone na bieżąco, tu i teraz, wszystko jest jednorazowe, nie ma dwóch takich samych spektakli, jak nie ma dwóch takich samych sytuacji. Króluje spontaniczność, wolność od rutyny, twórcza anarchia.

Johnstone często nazywa swój teatr „sportem teatralnym”, bo aby sprostać jego konwencji, potrzeba od aktorów nie lada tężyzny, zwłaszcza umysłowej, której największą muskulaturą jest wyobraźnia. To rodzaj zawodów, przeciąganie liny – jak mówi – między sukcesem i porażką, rywalizacja o widza naznaczona czymś nieoczekiwanym, jak w sportowym widowisku nie wiadomo jak i co będzie grane ani jak się zakończy to zmaganie w sytuacji zaproponowanej przez widza. Początków formuły takiego widowiska można dopatrywać się w XVI-wiecznej commedia dell’arte, która w dużej mierze opierała się na improwizacji, a bliżej naszych czasów w elementach gry aktorskiej według metody Stanisławskiego. Również w terapeutycznej psychodramie stosowanej w psychoterapii lub formach pracy z dziećmi, które przenoszone na dorosłych pozwalają uwolnić nasze „wewnętrzne dziecko” i odblokować odruchy naturalnej spontaniczności autentycznego „ja” stłumione pod balastem życiowej rutyny.

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. Jak w tej metaforze Szekspira budzimy się co rano na scenie naszego życia i nim znikniemy, odgrywamy swoje role, na ogół wcześniej ich nie znając, a gdy coś już próbujemy sobie zaplanować, to i tak „Pan Bóg się z nas śmieje”, więc improwizujemy, starając się wypaść jak najlepiej. Często teatry improwizowane obok działalności scenicznej organizują też warsztaty, na których uczą technik improwizacyjnych przydatnych w codziennym i profesjonalnym życiu. Pobudzają one kreatywność, kształtują umiejętności komunikacyjne, swobodę w nowych sytuacjach, szybkość w podejmowaniu decyzji, co sprawdza się w biznesie, reklamie, negocjacjach, zarządzaniu, coachingu.

– Jerzy Grotowski robił coś podobnego do mnie. Patrzyłem na niego jak na inną wersję siebie, ale on był śmiertelnie poważny – mówił Johnstone w wywiadzie z Oskarem Hamerskim. U Grotowskiego umierało się z sytuacyjnej powagi, a u Johnstone’a ze śmiechu. Improwizując, eksperymentujemy, odkrywamy w sobie to, co zakryte, jakbyśmy wdzierali się do archaicznej treści słów, a nie tylko posługiwali się ich komunikacyjnym znaczeniem. Docieramy do pierwotnego momentu pojawienia się mowy, krzyku, jęku, ekstazy, płaczu. Grotowski badał naturę aktorstwa, jego aktorzy szukali demonów aktu samopenetracji, ogołocenia, ofiarowania tego co najintymniejsze, zaś Johnstone brata się z aniołami radosnej kreatywności, odkrywania w nas naturalnego optymizmu.

Ten optymizm trafił w końcu do Polski i to poniekąd dzięki „Angorze”, która objęła patronat nad łódzkim spektaklem „Impro Atak!” w Teatrze Nowym. Pojechałem i ja zobaczyć ten nowy w Polsce rodzaj teatralnego widowiska. Zaczyna się jak w przyjaznym domu, od ciepłego powitania, od przytulenia pięciu sąsiadów, po czym nabiera impetu to szalone johnstonowskie „koło oczekiwań” – aktorów i publiczności. Aby temu sprostać, rodzą się zabawne, absurdalne, groteskowe sytuacje, do których aktorzy wymyślają scenki, gagi, gry i piosenki. Zmieniają się style i konwencje, od westernu po science fiction lub brazylijską telenowelę. Wszystko jest w ruchu: gardło, język, przepona, humor, inteligencja. Jest tylko jedna granica, a i tak bezkarnie i w pełni świadomie przekraczana – wyobraźnia.

Zamykam oczy. Słyszę: Trzy, dwa, jeden – poszło! Otwieram, a tu Awinion. Jestem w Awinionie. Noc, cykady, lawenda. Tańczą panowie, tańczą panie. Na scenie Platon i Beckett, czeka Strindberg, przygotowuje się markiz de Sade. Grać albo nie grać? – wkurza się Szekspir. Ale o tym za tydzień.






Najpopularniejsze

Zobacz także