X

Wyszukiwarka portalu iFrancja

79 marca, czyli kino na Republice (Tygodnik Angora)

79 marca, czyli kino na Republice (Tygodnik Angora)

Artykuł wprowadzono: 22 maja 2016

Paryski nie-co-dziennik

Kończy się festiwal w Cannes, a „nocni stróże” z paryskiego placu Republiki ciągle robią kino pod tytułem „Nuit Debout” („Noc na stojąco”). W ich kalendarzu jest 79 marca, bo czas liczą od 31 marca, dnia pierwszego protestu przeciwko politycznemu establishmentowi.


A zaczęło się od satyrycznego filmu Merci, Patron! (Dzięki, szefie!) o dwójce zwolnionych pracowników. Jego reżyser François Ruffin wezwał do sprzeciwu wobec reformy kodeksu pracy, tzw. prawa El Khomri (od nazwiska minister pracy). Francuzi, zwłaszcza młodzi, wyszli na ulicę i protestowali do nocy. I tak zostało. Noce przekształcili w cykliczne forum kontestacji. Zbierają się też w innych miastach, ale epicentrum ruchu to plac Republiki, radosny bazar, nowa agora.

Niektórzy obserwatorzy przywołują dziedzictwo Maja ’68, kiedy zbuntowani studenci walczyli na barykadach pod czarnymi i czerwonymi sztandarami o „nowy, lepszy świat”, o „władzę dla wyobraźni”, o „stan permanentnej szczęśliwości”, żądając innego państwa, innych autorytetów, innej miłości. Tamta rewolta również miała kontekst filmowy, bo zaczęła się od manifestacji poparcia dla założyciela i dyrektora paryskiej Cinémathèque Henri Langloisa, zwolnionego przez ministra kultury, znanego pisarza André Malraux. Odbyły się „stany generalne” francuskiego kina, na których postanowiono przerwać produkcję wszystkich filmów. Zamieszki przeniosły się do Cannes, gdzie przerwano festiwal. Wtedy spod paryskiego bruku wyrywano wolność (sous les pavés la plage), czyli piaszczystą plażę, krusząc płyty brukowe i rzucając nimi w policję. Dzisiaj jedynie w nielicznych miejscach naruszono nawierzchnię placu Republiki. Nocne debaty są pacyfistyczne, ale od czasu do czasu przyłączają się zadymiarze i dochodzi do starć z policją, a wtedy w oparach lakrymatorów płoną samochody, wybijane są szyby, głównie w witrynach banków i luksusowych sklepów, symbolach mieszczańskiego bogactwa.

Niektóre slogany są podobne jak przed laty: Skończyć z obecnym systemem. Władza w ręce obywateli. Podzielić bogactwo. Precz z kapitalizmem. Precz z nierównościami społecznymi i ekonomicznymi. Precz z wszystkimi partiami. Cel jest niczym – eksperyment wszystkim. Pojawiają się sztandary z Che Guevarą, sierpem i młotem, ale dominuje ideologiczny chaos. Oburzeni spod znaku „Nocy na stojąco” nie mają liderów, programu, strategii. To na ogół uczniowie, studenci, młodzi bezrobotni i prekariat bez gwarancji stałego zatrudnienia. Każdy z nich na cowieczornym assemblée génerale, czyli głównym zebraniu, może podzielić się pomysłem na poprawę sytuacji w kraju i na świecie. Siedzą w kręgu, reagując na propozycję dłonią w górze „na tak”, a krzyżując ręce „na nie”. Powołali m.in. komisję ds. strajku generalnego i komisję ds. przedmieść. Na placu mają darmową kantynę, punkt medyczny, serwis porządkowy i zapewnioną rozrywkę w postaci regularnych koncertów.

Pojawiają się spekulacje: Czy „utopiści” z placu Republiki to tylko oburzeni, czy już zbuntowani? Czy zdolni są do radykalnej akcji? Czy mogą przekształcić się w Podemos à la française, jak hiszpańscy Oburzeni z 2011 roku, gdzie trzy lata później narodziła się partia Podemos. Czy raczej ich ruch osłabnie i straci popularność. A może powstanie jakaś synteza z innym „kinem”, wyreżyserowanym przez Emmanuela Macrona, pieszczocha „Monsieur 10 procent”, jak nazywa się prezydenta Hollande’a (tak niskie ma sondaże), który wylansował tegoż enfant terrible francuskiej polityki. Macron to 38-letni minister gospodarki, były bankier i smakosz filozofii jako jedyny w socjalistycznym rządzie Vallsa nie jest członkiem Partii Socjalistycznej. W tym samym czasie, gdy powstawała „Noc na stojąco”, ten polityczny nowicjusz (od niespełna dwóch lat w polityce) założył ruch Idąc naprzód (En marche), który, co programowo podkreśla, „nie jest ani lewicą, ani prawicą”. Takiej kariery nikt jeszcze w V Republice nie widział, tak błyskotliwie pączkującej ku macromanii.

Historia jak z thrillera, godnego Złotej Palmy w Cannes. Już powstała książka-scenariusz „Emmanuel Macron, bankier, który chciał być królem” (wyd. Archipel). Jako 16-latek Macron zakochał się w swojej nauczycielce francuskiego i łaciny Brigitte Trogneux, dwadzieścia lat starszej mężatce z trójką dzieci, która rozwiodła się dla niego i od 2007 roku są małżeństwem (dziś ma siedmioro wnucząt). Z żoną działają w tandemie. Ona jest jego ministrem pogody ducha, równowagi i spokoju. On – tak przez nią natchniony – wymyka się swemu stwórcy, „Panu 10 procent”, by na polach politycznej ruiny, między zdewastowaną lewicą i podzieloną prawicą, siać ziarno zgody i wyprowadzić swych rodaków zza współczesnej linii Maginota, za którą trwają w tyranii status quo, okopani iluzją minionej potęgi.
Ale to nie wszystko. Za najbliższym rogiem historii, na niezłomnego Emmanuela M. czeka już jak on – poza dobrem (lewicy) i złem (prawicy) – Marine Le Pen, siedząc solidnym okrakiem na Frontowo-Narodowych barykadach Francji. Tak więc prawdziwe kino dopiero przed nami.






Najpopularniejsze

Zobacz także