Światowiec, teozof, męczennik – Paryski nie-co-dziennik

Światowiec, teozof, męczennik – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 24 lutego 2018




We Francji trwa rok kultury niderlandzkiej. Z tej okazji wyróżniają się dwie wystawy – „Holendrzy w Paryżu: van Gogh, van Dongen, Mondrian…” oraz „Van Dongen i Bateau-Lavoir”.






Pierwsza, w paryskim Petit Palais (do 13 maja), eksponuje prace wymienionych malarzy w otoczeniu ich rodaków, od Gerarda van Spaendoncka do George’a Breitnera, reprezentujących tysięczny legion holenderskich artystów tworzących w Mieście Światła od końca XVIII po XX wiek, skonfrontowanych z francuskimi kolegami – Davidem, Corotem, Monetem, Cézanne’em, Brakiem czy Picassem.

Druga, w Musée de Montmartre (do 26 sierpnia), to już solowy popis Keesa van Dongena w osławionym Bateau-Lavoir (Statek-Pralnia), przystani legendarnych malarzy o pustych brzuchach, gdzie rodził się mit artystycznej bohemy Montmartre’u. Drewniany barak kilkunastu atelier bez prądu i gazu na placu émile Goudeau 13 (dawny Ravignan) przypominał łódź, na której praczki prały nad Sekwaną, stąd jego nazwa, którą wymyślił Jacob. Van Dongen – nazywany przez Picassa „Kropotkinem z Bateau-Lavoir” ze względu na anarchistyczne usposobienie i poglądy – mieszkał tam w latach 1905 – 1907. Ale zacznijmy od pierwszej wystawy, od rudowłosego dziwaka z trudnym wtedy dla paryżan nazwiskiem, co go skłoniło do sygnowania swoich prac tylko imieniem – Vincent.

Vincent van Gogh to jeden z pierwszych męczenników awangardy. Chory na świat geniusz, na poły malarz, na poły mnich. Stworzył syntezę życia i sztuki – on, społeczny wyrzutek, który nie był w stanie założyć rodziny, zarobić na utrzymanie, porozumieć się z ludźmi, zamknięty w swej chorobie szaleniec, mrukliwy, odrzucony, niekochany. Po niepowodzeniach w mieszczańskich i teologicznych profesjach przyjechał wczesną wiosną roku 1886 do Paryża. Miał 33 lata i tylko 4 przed sobą. Przyjechał za namową swego brata Thea, od którego finansowego wsparcia zależny był przez całe życie. U niego zamieszkał przy ulicy Lepic na Montmartrze, gdzie swoje knajpiano-alkoholowe doświadczenia próbował wyrazić pędzlem. „Próbowałem wyrazić myśl, że knajpa jest miejscem, gdzie można się zrujnować, oszaleć lub popełnić zbrodnię; chciałem wyrazić posępną potęgę knajpy”. W Paryżu w ciągu dwóch lat van Gogh namalował 200 obrazów, w tym słynne „Cztery słoneczniki”. Cztery kwiaty na suchych łodygach, które bronią się przed rozkładem jak płomienie nieuchronnej katastrofy. Czy to zapowiedź tragedii w Arles, gdzie w słońcu Południa zaczął on popadać w urojenia i psychozę, co skończyło się obcięciem sobie ucha, pobytem w domu obłąkanych, w końcu śmiertelnym postrzałem?

Do Goghowskich pejzaży nawiązywał uchodzący też za mnicha Piet Mondrian, który do Paryża przyjechał w wieku 40 lat i doznał artystycznej przemiany, zstępując w zaświaty abstrakcji w poszukiwaniu transcendentnej formy wobec natury. I poniekąd ją znalazł. W geometrycznym porządku swoich słynnych kompozycji – pionowych i poziomych linii wyrażających równowagę sił rządzących ponadczasowym bytem. Wychowany w rodzinie ortodoksyjnych kalwinistów, odkrył teozofię. Echo tej religijno-mistycznej doktryny, głoszącej możliwość bezpośredniego kontaktu ze światem nadprzyrodzonym, odbija się w jego neoplastycyzmie – kierunku, w którego programie pisze on o „czystej teologii”. Imię Boga nie pada, ale pojawia się „esencja świata”, „substancja wszechrzeczy”, „duch bytu”. Konstruuje czyste, pełne harmonii kompozycje, złożone z pionów i poziomów, ograniczając kolorystykę do zasadniczych barw, z czerwonym, żółtym, niebieskim jako kolorami czystymi, i do tak zwanych niekolorów: białego, szarego, czarnego. Znika widzialna rzeczywistość. Abstrakcyjne kompozycje obok plastycznego nabierają też spirytystycznego znaczenia. Ale nie znajdują nabywców. Mondrian wpisuje się na listę bezrobotnych intelektualistów.

Inaczej van Dongen, który z anarchisty zmienia się w salonowca i światowca. Zostawia Montmartre, stając się malarzem luksusu i elegancji, przede wszystkim kobiecej zmysłowości, która zawsze była jego inspiracją, czasem obsesją. Bo to właśnie kobieta – przekonywał – jest najpiękniejszym pejzażem. Malował ich setki: od towarzyszki życia Picassa Fernandy Olivier, po kochankę Gabriela d’Annunzio markizę Luisę Casati, czy Brigitte Bardot, by w końcu odkryć, że bal i zabawa są równie wielkim dziełem sztuki, co malarskie arcydzieła. Na początku kariery za jego paletą podążał tylko półświatek, później już nobliwy światek. Stworzył archetyp kobiety władczej, marmurowo pięknej, świadomej erotycznej siły. Przenosił na płótno jej wysmukłe, idealne wręcz ciało z drobną głową, nabrzmiałymi czerwienią ustami i wielkimi oczami obramowanymi grubą warstwą tuszu. Kobiety przyczyniły się do sukcesu holenderskiego malarza, który doczekał złotej starości w Monaco, gdzie zamieszkał w willi nazwanej Bateau-Lavoir. Swoją twórczość podsumował tak: Najpiękniejszy obraz to życie, a reszta to co najwyżej dobre malarstwo, piękne kłamstwo, które zaczyna się tam, gdzie kończy natura i rozum.

Van Dongen zmarł równo pół wieku temu, mając 91 lat.

Leszek Turkiewicz