×

Książę uśmiechu – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 2 grudnia 2017

Był sobotni listopadowy poranek. Francuski Walt Disney pogodny jak zwykle przyszedł do kliniki przy ulicy Chazelles, dwa kroki od parku Monceau w XVII dzielnicy Paryża.





Ponieważ czuł lekki dyskomfort w klatce piersiowej, a palił jak smok, profesor Carpentier polecił mu wykonać test wysiłkowy.

Naszpikowany elektrodami wsiadł na cykloergometr, rodzaj roweru stacjonarnego, i zaczął pedałować. Po kilku minutach zawołał:
– Doktorze, boli ramię i trochę w klatce piersiowej. – Spokojnie, jeszcze 15 sekund i kończymy. Za późno. Te kilkanaście sekund okazało się za długie. Pacjent zsunął się z jednośladu i padł rażony atakiem serca. Zrobiono wszystko, aby go reanimować, ale jego oczy już się nie otworzyły. Była 10.30. Ta absurdalna śmierć stała się przykładem, czego nie wolno robić podczas testu wysiłkowego. Stała się „casusem Goscinnego”, emblematycznej postaci komiksu made in France. Miał 51 lat i wszystko, żeby być szczęśliwym: miłość, pieniądze, sławę. Pełen wolności, uśmiechu przez całe krótkie życie rozśmieszał innych i tylko tępa śmierć nie miała poczucia humoru – jej nie rozśmieszył.

René Goscinny – człowiek o wielu twarzach i talentach. Scenarzysta, pisarz, filmowiec, wydawca, jeden z najbardziej znanych twórców komiksu światowego, który wyniósł do rangi IX muzy. Ogółem stworzył ponad 2 tysiące postaci, a imieniem jednej z nich – „Asteriksa” nazwano pierwszy francuski sputnik. Sprzedano 500 milionów jego albumów i książek przetłumaczonych na 150 języków, z których kilkaset miało adaptacje filmowe. Nazywamy go Waltem Goscinnym, bo sam stanął za kamerą kilkunastu animowanych i fabularnych filmów. Założył i redagował tygodnik „Pilote”, najważniejsze frankofońskie pismo komiksowe wszech czasów, z którego wyrosły ekipy miesięcznika Hara-Kiry i tygodnika Charlie Hebdo. Czterdziestą rocznicę śmierci tego „księcia uśmiechu” uczczono dwiema paryskimi wystawami – „René Goscinny: ponad uśmiechem” w Muzeum Sztuki i Historii Judaizmu oraz „Goscinny i kino” w Cinémathèque de Paris (obie do 4 marca). Ponadto jego córka Anne wydała pierwszą wersję „Mikołajka”, jeszcze jako komiks, i 37. album „Asteriksa”.

Wystawa w muzeum judaizmu jest pierwszą retrospektywą Goscinnego. 250 eksponatów – plansze, oryginalne scenariusze, unikalne dokumenty – wyznaczają etapy jego życia i twórczości. Narodziny w V dzielnicy Paryża, niedaleko Panteonu, argentyńskie dzieciństwo w kraju uchodzącym wtedy za eldorado, echa wojny, podczas której stracił część rodziny w nazistowskich obozach, praca w Nowym Jorku, choć nie w wymarzonym studiu Walta Disneya, powrót do Paryża, pierwsze scenariusze, współpraca w tandemach na dwa umysły i cztery ręce z Uderzo (Asterix), Morrisem (Lucky Luke), Sempé (Mikołajek), Tabarym (Iznogud).

René Goscinny był synem polskich imigrantów pochodzenia żydowskiego. Jego ojciec Stanisław Gościnny urodził się w Warszawie i wyemigrował do Paryża, studiować chemię. Matka, Anna Bereśniak-Gościnna, pochodziła z Chodorkowa (obecnie Ukraina). Dziadek Abraham założył w Paryżu drukarnię „Beresniak”, w której drukował publikacje filozoficzne, literackie i polityczne w językach jidysz, hebrajskim, francuskim, rosyjskim i po polsku. W 1965 roku René poznał miłość swego życia, 18 lat młodszą Gilbertę Pollaro-Millo. Spotkali się na statku płynącym na Antyle. – Przedstawił mi się tak: „To ja, ten, który zrobił Aste­riksa, Lucky Luke’a, Iznoguda”. Nazajutrz podarował mi „Mikołajka i jego kumpli”. Przeczytałam i pomyślałam – geniusz. I tak się zaczęło…

Jesteśmy 50 lat przed Chrystusem. Całą Galię okupują legiony rzymskie. No, prawie całą, bo pewna osada jest niezwyciężona, mimo że zaludniona przez garstkę Galów, ale z dzielnym Asteriksem na czele. Dalej przenosimy się na Dziki Zachód, Arizona 1880, Kansas City, Tucson po wojnie secesyjnej, a wszędzie ten szalony cowboy, Lucky Luke, któremu nie dorównuje ani Gary Cooper, ani John Wayne. Fantastyczna epopeja z Far West. A jeszcze dalej kraina z „Tysiąca i jednej nocy”, tyle że kalamburów. Historia Iznoguda, nikczemnego wezyra, który chciał być kalifem. Jest aż tak zły, że staje się sympatyczny. No i Mikołajek. To miała być tylko jedna wielkanocna opowiastka z jajkami, dzwoneczkami, zajączkiem, a wyszły smakowite przygody niczym magdalenki pana Prousta przywołujące zabawne poszukiwania idealnego dzieciństwa. Tyle że magdalenki zmieniły się w pieczone jabłka otoczone sosem karmelowym, zwane jako jabłka miłości.





Anne, jedyna córka Goscinnego (miała 9 lat jak umarł), w pośmiertnym liście do taty napisała: „Z całego twojego uniwersum postaci tylko ty umarłeś”. Bo śmierć nigdy nie była obecna u Goscinnego. Piraci Aste­riksa setki razy byli w niebezpieczeństwie, tonęli, lecz żaden nie utonął. Potężne ciosy Galów wyrzucały Rzymian pod chmury, spadali z hukiem, poobijani, ale się podnosili. Lucky Luke, pojedynkując się ze złymi, celował w pas lub kapelusz, a nie w miejsca narażające ich na śmierć. Tylko pan René już od czterech dekad nie żyje, ale przygody „Goscinny & Company” ciągle żyją.