×

Czas oznaczony liczbą 2017 (Tygodnik Angora)

Artykuł wprowadzono: 23 grudnia 2016

Paryski nie-co-dziennik

Godziny, minuty, sekundy… Zegary odmierzają czas do wielkiego buuum Nowego Roku. CZAS! Jest tak banalny, jak jest tajemniczy. Milczące ucieleśnienie naszej słabości. Porwani przez niego nie możemy wydostać się na zewnątrz, unosi zarówno nasze myśli, jak nas samych, sam pozostając obiektem nie do znalezienia. Zmienny, niestabilny, efemeryczny, ba, w ogóle nie ma pewności, czy ma początek i koniec. Zawsze dość dwuznaczny – oczywisty, ale niedefiniowalny, dobrze znany, ale nieuchwytny. Zajmowali się nim najwięksi giganci myśli, jak Albert Einstein i francuski filozof Henri Bergson, którzy 95 lat temu odbyli słynną potyczkę w Towarzystwie Filozoficznym w Paryżu. Nie doszli do porozumienia, nie uchwycili czasu w sieć intelektu.
script async src=”//pagead2.googlesyndication.com/pagead/js/adsbygoogle.js”>



Czas topologicznie jest wyjątkowo ubogi. Przypisuje mu się tylko jeden wymiar i można go nazwać jedną liczbą, wystarczy do określenia daty. Ma dwa warianty: linia prosta i okrąg, czyli czas liniowy płynący stale do przodu i czas cykliczny prowadzący nas po obwodzie błędnego koła, tworzący zamknięte pętle z nieustannym powrotem wielkim cyklem do punktu wyjścia. Świat rodzi się wtedy jakby każdego roku na nowo. W ten sposób stare obrzędy odprawiane na Nowy Rok były swoistym powtórzeniem aktu stworzenia. Jego zwrot – jak mówią fizycy – oznaczony jest strzałką skierowaną ku przyszłości. I bynajmniej nie jest to strzałka przypisywana Erosowi, skrzydlatemu bobasowi przeszywającemu serce miłosnymi strzałami, lecz wskazująca to, co nieodwracalne, wyposażone w bilet tylko w jedną stronę.

Jak szybko płynie ten pożerający nas czas o obliczu sfinksa i postępującej apokalipsy? Według fizyków w tempie jednej sekundy na jedną sekundę. Od 50 lat ma nawet precyzyjny naukowy wzorzec niczym metr w podparyskim Sèvres. Sekundę określono jako trwanie 9 192 631 770 okresów elektromagnetycznej fali emitowanej (lub absorbowanej) przez atom cezu 133, przechodzący z jednego poziomu energetycznego na drugi. Sekunda na sekundę?… No ale jak czas może poruszać się w czasie. Jak stwierdzić, że się porusza, skoro brak czasu, którym można by mierzyć czas i w ogóle nie jest możliwe przeprowadzenie żadnego doświadczenia, czy on płynie, czy nie. Wiemy tylko, że coś następuje po czymś i to jedynie ze względu na obserwatora. To jakiś chytry sposób natury, by wszystko nie działo się jednocześnie. Nieomal cudem jest sama realność czasu, bo skoro przeszłości nie ma już, a przyszłości jeszcze nie ma, jeśli teraźniejszość przestaje być teraźniejszością w momencie, gdy się rozpoczyna, to jak może istnieć coś złożone z nieistnienia. Czyżby więc sposobem bycia czasu było jego nieistnienie. Czy to fenomen punktowy, czy tylko abstrakcja narzucona nam przez umysł?

Dwaj antagoniści – Chronos i Tempus nie dają się pogodzić. Pierwszy utożsamia czas fizyczny przez zegary odmierzany, drugi czas subiektywny odbierany przez świadomość, którego pomiar odbywa się w umyśle. Ten czas psychologiczny ma swoje rytmy, kaprysy, maniery, nastroje, raz mija szybko, raz powoli, bywa pusty i wypełniony, martwy i żywy. Punktowość pierwszego nie godzi się z ciągłością drugiego.

Dla Arystotelesa czas był miarą ruchu, ale przecież ruch nie może zaistnieć przed poruszaną rzeczą. Czy to tylko ruch myśli, która czas postrzega? Czyste wyobrażenie (Kant). Dla Bergsona czas jest czystą intuicją świadomości, „jest tworzeniem albo w ogóle niczym”. Z kolei dla Newtona jest wyidealizowanym czasem poza czasem, któremu przygląda się nieruchoma przestrzeń. Uniwersalny, absolutny, niezmienny. Płynie równomiernie i nie zależy od żadnego układu odniesienia, czemu – jak wiadomo – sprzeciwił się Einstein, łącząc go z przestrzenią, pozbawiając absolutnego charakteru. Jego szczególna teoria względności czas „uelastyczniła” – przekształca się on częściowo w przestrzeń, a przestrzeń częściowo w czas. Kiedy w czaso­przestrzeni zmienia się układ odniesienia, czas i przestrzeń stają się względne i wzajemnie przemieszane. Zdarzenia, które są przyszłością dla jednego obserwatora, mogą być przeszłością dla drugiego i teraźniejszością dla trzeciego. „Teraz” staje się niejednoznaczne, bo straciła sens koncepcja równoczesności.

I tak oto młyny czasu mielą nasze życie. Nie da się ich zatrzymać, co najwyżej można je spowolnić. Ale trzeba by wyruszyć w wielką podróż, niestety, nierealną, bo z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Lecz są inne sposoby, jak proponowane przez Wilde’a czy Baudelaire’a. Pierwszy, wydając „wystawowy bal” w Petit Palais, przekonuje, że odnalezienie młodości jest możliwe, wystarczy powtarzać szaleństwa, jakie popełnialiśmy. Drugi, na innym balu w Musée Romantique, radzi być zawsze pijanym, aby nie czuć ciężaru czasu. Pijanym czymkolwiek: winem, cnotą, miłością… Wybór należy do nas.

Pora kończyć. Czas na noworoczne buuum. Gdzieś między wielkim wybuchem i wielkim kresem wznieśmy szampański toast za przyszłość, za CZAS, by nadawał dobry kierunek naszemu życiu, które co prawda odchodzi, ale nie wiadomo którędy – więc wszystko jest możliwe.