Awangardziści z Witebska – Paryski nie-co-dziennik

Awangardziści z Witebska – Paryski nie-co-dziennik

Artykuł wprowadzono: 13 maja 2018

Z jednej strony alegoryczna, baś­niowa poetyka chasydzkiej radości życia, niebiańscy muzykanci, latające po niebie konie i zielone krowy z cielętami; z drugiej – supremacja czystego odczucia, zerwanie z narracją i przedmiotowością na rzecz elementarnych form geometrycznych: kwadratu, prostokąta, koła, linii, krzyża. Feeryczny świat wyobraźni skonfrontowany z bezprzedmiotowością. To Chagall kontra Malewicz i inni rewolucjoniści sztuki.





Wystawa ma miejsce w Centrum Pompidou w stulecie powstania Ludowej Szkoły Sztuk Pięknych w Witebsku. Projekt jej utworzenia, bez czesnego i limitu wieku, powierzono Marcowi Chagallowi, który zanim osiadł w Paryżu jako naturalizowany Francuz, został mianowany sowieckim komisarzem do spraw sztuki w rodzinnej guberni witebskiej. Szkoła Witebska stała się rewolucyjnym laboratorium z wielkimi protagonistami awangardy, jak twórca suprematyzmu Kazimierz Malewicz czy współtwórca konstruktywizmu El Lissitzky, autor tzw. prounów stanowiących kompozycje figur geometrycznych, obrazów sytuowanych między malarstwem a architekturą, tworzących na płaszczyźnie wrażenie przestrzeni. Wystawa prezentuje 250 dzieł i dokumentów kolektywnej utopii przemyślenia świata na nowo przy udziale nowej sztuki. Jej gwiazdą jest Chagall, który w swym znamiennym „Podwójnym portrecie” unosi się w ramionach ukochanej Belli nad malowniczą panoramą Witebska z cerkwiami i mostem nad zieloną Dźwiną.

Gdy Chagall maluje, nigdy nie wiadomo, czy robi to na jawie, czy we śnie. Musi mieć anioła w głowie – mawiał Picasso. Nie trzeba nic rozumieć, wystarczy poddać się zmysłowej magii jego skondensowanej opowieści, olśniewającym kolorom ciepłej nocy tuż przed świtem nowego Edenu. Pełno tu różnych opłotków, krówek, osiołków. Są gościnne chaty, drzewa, kwiaty, muzykanci, bawiący się weselnicy pijący wino. Widać podniebne spacery kochanków, ciała nagich kobiet, dziewczynę na kogucie, madonnę w saniach, madonnę zamienioną w kota, latającą rybę, świńskie koryto, wołu obdzieranego ze skóry, koziołka w niebie, cyrkowych clownów, akrobatów, arlekinów. Obecna jest religijna ikonografia: synagogi, cerkwie, czuwające wysoko ogromne oko, upadające anioły, Bóg stwarzający człowieka, cmentarze, cykl ukrzyżowań i cykl kantyczek. Chagall dziko wolny, poza wszelkimi systemami, szkołami, modą. Precz z naturalizmem, precz z realistycznym kubizmem – głosił. Poddajmy się naszemu szaleństwu!

Malewicz z kolei to zejście w świat bez przedmiotów. Wolność od czasu i przestrzeni, a czasem także od światła. Doświadczenie aktu czystego odczucia, którego siła leży w nicości. W sile tej tkwią wszystkie obrazy wszechświata. Spoczywają w otchłani suprematyzmu, geometrycznej abstrakcji stworzonej przez artystę. Ten polsko-rosyjski malarz chciał zredukować formy malarskie do zera. Przeistoczyłem się w zero form – ogłosił w manifeście – i wydźwignąłem z obrzydliwych odmętów sztuki akademickiej.

Był twórcą wyjątkowym. Uprawiał wszystkie „izmy” rodzącego się XX wieku: impresjonizm, symbolizm, fowizm, neoprymitywizm, futuryzm, kubizm – aż w 1915 roku namalował słynny „Czarny kwadrat na białym tle” jako nowy malarski byt abstrakcyjnego radykalizmu, jako nowy atom malarstwa, co uruchomił nowe pojmowanie sztuki. Obrazy, gwasze, grafiki – konstelacje kształtów i brył rozrzucone swobodnie w kosmicznej przestrzeni, układające się w artystyczny wehikuł prowadzący do kresu, do „Białego kwadratu (w tonacji zimnej) na białym tle (w tonacji cieplejszej)”, bieli przywołującej nieskończoność. W tajemniczym wewnętrznym świetle rozpryskuje się cała punktowo naświetlona przestrzeń.

Malewicz uwolnił kolor od kształtu. Był zapowiedzią minimalistów. Założył grupę „Unowis”, której członkowie sygnowali swe dzieła czarnym kwadratem mistrza. Lecz z czasem w jego bezprzedmiotowym świecie znowu pojawiły się figury, postacie, przedmioty. Odmienione. Jakby ręką dziecka rysowane. Nieudolne, delikatne, naiwnie niewinne. Jakby z jakiegoś intymnego kajetu wydarte. Nie mają twarzy, nikną w dramatycznej pustce papieru. Ale tajemniczy stygmat zostaje.

Obok Malewicza, Lissitzky’ego i Chagalla wystawiono też prace kilkunastu innych artystów Szkoły Witebskiej: Natalii Gonczarowej, Wassilego Kandinskiego czy Władysława Strzemińskiego, twórcy unizmu i obrazów solarystycznych, na których uchwycił powidoki światła wywołane spojrzeniem na słońce; jest również „Wisząca konstrukcja” jego żony, rzeźbiarki Katarzyny Kobro. Ów twór przenika w abstrakcyjnie pojętą, nieskończoną przestrzeń, nie mając żadnego punktu odniesienia prócz własnego cienia.




Wystawa w Centrum Pompidou (do 16 lipca) tak jak się zaczyna, tak się też kończy – obrazami Chagalla, trochę narcyza, trochę klauna, naznaczonego piętnem outsidera i dziwaka, malującego krowy i głowy odłączone od ciała czy latających po niebie kochanków. Na jednym z autoportretów ma on siedem palców, bo uwierzył w żydowską kabałę liczb jak w ikoniczną siłę swej sztuki. „Nie, nie nazywajcie mnie fantastą, przeciwnie, jestem realistą, który odlatuje przez okno malarstwa ku innemu światu”. Po wakacjach odleci do Nowego Jorku, gdzie wraz z innymi awangardzistami z Witebska „zagra” w Teatrze Żydowskim, dokąd paryska wystawa w zmodyfikowanej wersji zostanie przeniesiona.

Leszek Turkiewicz